Kindfulness – jak zacząć się mądrzej zachowywać?


Praktycznie każdy człowiek doświadczył przynajmniej raz w życiu takiej sytuacji.

Zauważamy zachowanie, które robimy po raz kolejny wbrew wszelkiej logice – i które bardzo nam się nie podoba. Krytykujemy siebie, stanowczo zabraniamy sobie robić tak dalej i przez jakiś czas nawet nam się udaje. Ale przy pierwszej okazji – czasem pierwszej fizycznie, czasem pierwszej, gdy mamy naprawdę słabszy dzień, czasem pierwszej po tym jak uznamy, że siłą woli rozwiązaliśmy problem – robimy to po raz kolejny. Po kilku, kilkunastu, kilkudziesięciu takich rundach, tracimy wiarę, że jesteśmy w stanie coś z tym schematem zrobić.

Pracowałem z takimi problemami u swoich klientów jakieś setki razy. Wielokrotnie sam łapałem się na tym samym – ostatni raz nawet dzisiaj. Fascynujące jest to, że nawet wiedząc doskonale z doświadczenia jak bardzo bezsensowny będzie w tej sytuacji nacisk i krytyka samego siebie, pierwsze odruchy kierowały mnie właśnie w tą stronę. Może dlatego, że jest to ogromna, bardzo stara, bardzo instynktowna tendencja człowieka. A nawet znacznie starsza niż nasz gatunek.

Ilość konkretnych zachowań, która pasuje do tego schematu jest gigantyczna. Wszystkie uzależnienia, zarówno od substancji jak również hazardu, jedzenia, seksu, zakupów, telewizji. Wszelkie rodzaje “lenistwa” – niemożność zmotywowania się do pracy czy do jej szukania, pisania magisterki, posprzątania mieszkania, biegania, pójścia do lekarza czy kupienia jakiejś ważnej rzeczy. Wszelkie rodzaje porażek i obwiniania się po nich – w każdej kategorii, od sportowych, przez biznesowe, relacyjne, aż po seksualne. W skrócie – wszystkie rzeczy, kiedy wbrew logice czegoś nie robisz, albo właśnie wbrew logice robisz. I nic na to nie możesz poradzić.

Jednocześnie mimo totalnej nieskuteczności, lub bardzo krótkotrwałej skuteczności tej taktyki można spotkać ją wszędzie – od terapii uzależnień (zarówno profesjonalnej jak i amatorskiej), przez system szkolnictwa, rodziców wychowujących dzieci, aż po własne niekończące się debaty z krytykiem wewnętrznym.

Idea, że gdy coś nam się nie podoba, najlepiej zareagować siłą, straszeniem, rozkazami, karami lub krytyką występuje już u prostych zwierząt, a jeśli dobrze poszukać – również u prymitywniejszych form życia. U ludzi wciąż ma się całkiem dobrze – w niektórych państwach trwa do dziś w formie zupełnie ekstremalnej, a w innych krajach cywilizacja sprawiła, że w wielu sytuacjach społecznych jej stosowanie jest znacznie łagodniejsze. Co nie powinno dziwić, biorąc pod uwagę, jak bardzo atawistyczny jest to mechanizm. Jednocześnie, przy całej kulturze, jaką nam wpojono, gdy rozmawiamy z obcymi ludźmi (choć przy rodzinie i partnerze to już często nie obowiązuje) – nie mamy najczęściej żadnych zahamowań jeśli chodzi o relację z samym sobą.

Mówimy sobie wtedy rzeczy lingwistyką i tonem, jakim nie zwrócilibyśmy się do nikogo innego, a często też jakim nikomu innemu nie pozwolilibyśmy do siebie mówić. Ponieważ nie mamy wtedy hamulców moralnych, robimy to, co uważamy za słuszne i skuteczne. A z różnych, najczęściej nawykowych (atawistycznych czy rodzinnych) powodów uważamy, że najlepiej jest siebie zmusić siłą do zmiany zachowania.

Nawet, gdy rzeczy, które sobie wtedy mówimy są tak naprawdę dla nas zupełnie jasne i oczywiste – „upijanie się codziennie to zły pomysł”, „trzeba w końcu napisać pracę magisterską”, „warto w końcu zapłacić rachunki” – powtarzamy je sobie po raz kolejny, jakby ich ponowne usłyszenie, szczególnie w ostrym tonie, miało coś zmienić. Brzmi nielogicznie? A jednak robimy to, choć ma to nie więcej sensu, ile owe krytykowane przez nas zachowania.

To, co bowiem da się zrobić w świecie zwierząt lub w czasie dyktatury, nie działa już tak dobrze w rodzinach czy firmach, a kompletnie mija się z celem w świecie wewnętrznym jednej osoby, gdzie żadną siłą nie zmusimy się sami do pewnych rzeczy, bo nie mamy po prostu wystarczającej władzy. Już rodzic lub szef, który jest tyranem, musi się liczyć z tym, że jak tylko odwróci się plecami, dziecko lub pracownik i tak zrobi swoje, jeśli tylko spodziewa się, że uniknie kary. Już rodzic lub szef, jeśli zależy mu na długoterminowych efektach i dobrej współpracy, musi jak najmniej uciekać się do prostych, siłowych rozwiązań, nawet, gdy potrafią na krótką metę skłonić kogoś do zrobienia tego, co on chce. Już rodzic i szef musi zadać czasem kilka magicznych pytań, które brzmią: Czego potrzebujesz? Czego pragniesz? Czego chcesz? Jak mogę Ci pomóc?

Model autorytarny, w którym mająca najwięcej władzy osoba narzuca innym swoje zdanie, jest stosowany tym częściej, im prymitywniejsza jest grupa. Oprócz zwierząt można zaobserwować go głównie w dawnych czasach, w grupach przestępczych czy w wojsku. Jego plusem jest to, że jest dość prosty do wdrożenia (jeśli masz odpowiednią siłę), całkiem szybko daje efekty, może być też dosyć przyjemny w stosowaniu (gdyż masz kontrolę i jesteś w wysokim statusie). Jego minusami jest jednak to, że nie dbając o potrzeby innych członków swojej grupy, ryzykujesz, że gdy tylko nie będziesz w stanie egzekwować swojej władzy, zaczną oni robić co im się podoba, włącznie z robieniem Tobie na złość, porzuceniem grupy czy nawet zrobieniem Tobie krzywdy.

Model empatyczny, w którym dbamy o potrzeby wszystkich (również swoje oczywiście) wymaga włożenia znacznie więcej energii, trzeba znacznie bardziej wsłuchiwać się w potrzeby innych, działa nieraz o wiele wolniej. Jednocześnie ponieważ cała grupa jest wtedy bardziej szczęśliwa, współpraca przynosi więcej satysfakcji oraz, długoterminowo, jest znacznie skuteczniejsza. Szczególnie tam, gdzie nie można po prostu odejść bez wysiłku z systemu.

Warto to oczywiście odróżnić od modelu anarchicznego, w którym każdy robi to, na co mu przyjdzie ochota, bez szacunku dla potrzeb innych.

To krótkie wyjaśnienie, czym model empatyczny różni się od modelu autorytarnego, najczęściej robię podczas warsztatów z pracy z rodziną. Stosuje się szczególnie do wychowania dzieci, gdzie pokusa autorytarnego stylu bywa momentami bardzo duża, ale jednak skutki bywają najczęściej katastrofalne.

Jednak być może jeszcze bardziej ten styl przydaje się właśnie w relacji z samym sobą. Dogadywanie się ze sobą i różne praktyki, w których pytasz swoje części o zdanie i o ich potrzeby są tu kluczowe. Podobnie jak wspieranie tych części, które nie radzą sobie z sytuacją i nie potrafią zachować się tak, jakbyśmy tego chcieli.

O modelu, w którym tak naprawdę składamy się z różnych części (mając do tego złudzenia bycia jedną, spójną osobą) można by pisać bardzo długo. W dużym skrócie – w każdym z nas jest sporo różnych Ja, nieraz bardzo różniących się od siebie. Mając różne potrzeby, będących na różnych poziomach rozwoju, mając różne wartości, nieraz nawet mających zdecydowanie inne wspomnienia – co można zaobserwować choćby w konfliktach związkowych czy uzależnieniach.

Każda z nich jednak, zachowuje się w pewnym sensie tak, jakby była oddzielnym człowiekiem, odpowiedzialnym za siebie i reagujących tak, jak w danym momencie czuje.

I jeśli chcemy być świadomymi ludźmi, musimy potrzeby i perspektywy tych wszystkich części brać pod uwagę i wspierać. Również tych, które boją się zrobić czegoś prostego. Również tych, które nie mają ochoty wstać z łóżka do wieczora. Również tych, które mają ochotę kogoś uderzyć. Również tych, które po raz kolejny załamują się po małym niepowodzeniu. I tych, które w reakcji na problem chcą się upić i nie trzeźwieć kolejnych kilka dni.

Nie znaczy to, że musimy zachcianki każdej części spełniać. Podobnie jak szef nie musi spełniać wcale wszystkich zachcianek każdego członka zespołu, a rodzice ulegać w każdej kwestii swoim dzieciom. Ale warto przynajmniej ich wysłuchać, próbować zrozumieć i wspierać najlepiej jak się da.

  1. Po pierwsze dlatego, że w ten sposób można zaspokoić potrzebę tych części do bycia wziętymi pod uwagę.

Podobnie jak pracownicy mogą nie chcieć wykonać zadania tylko dlatego, że nie zostało ono z nimi skonsultowane, a kobieta (mężczyzna oczywiście też, ale u kobiet zdarza się to częściej), może w związku sabotować seks tylko dlatego, by być wysłuchana – podobnie jakaś nasza część może magicznie przestać się buntować, gdy tylko uznamy jej potrzeby i zrozumiemy emocje.

Jeśli znasz to wyjątkowe uczucie, gdy podczas rozmowy z przyjacielem czujesz się nagle wysłuchany, zrozumiany i to wystarczy, by spojrzeć na sytuację inaczej, to mam dobrą wiadomość – tak samo można zrobić samemu sobie. Odpowiednie wysłuchanie i zrozumienie swojej części może w niejednej sytuacji błyskawicznie rozwiązać problem.

2) Po drugie dlatego, że czasem te części spełniają istotne funkcje w naszej psychice, i choć nie są często najrozsądniejszym i najbardziej wydajnym sposobem (np. część, która chce się upijać w reakcji na zbyt wiele pracy), odgrywa odruchowo pewne role, które są dość ważne. Rozmowa z taką częścią może wskazać na zaniedbane przez nas aspekty (np. odpoczynek) i pomóc znaleźć alternatywne, obarczone mniejszą ilością skutków ubocznych, rozwiązania. Bardzo często pomysły, które możemy podczas takiej rozmowy z częścią usłyszeć są niespodziewane i bardzo proste, ale jednocześnie skuteczne. Do dziś pamiętam taką rozmowę z klientem podczas pracy nad traumą, kiedy jedna z jego części na pytanie, czego potrzebuje, by poczuć się na tyle bezpieczna, by móc powrócić do traumatycznego wydarzenia (co skończyło się jednym z najintensywniejszych i najbardziej brzemiennych w skutkach procesów jakie widziałem w życiu), odpowiedziała, że… koca.

Bardzo wiele naszych niechcianych zachowań wynika z kompensacji – tak bardzo nie dbamy o swoje potrzeby, że w pewnym momencie jakaś nasza część przejmuje kontrolę nad systemem i zaspokaja ją natychmiast, po trupach, nie patrząc na jakiekolwiek skutki uboczne – zarówno czynnie – rzucając się na batonika czy film pornograficzny, jak i biernie – nie pozwalając nam wstać z łóżka, wyłączyć Facebooka lub zrobić czegokolwiek, co sobie na dziś zaplanowaliśmy.

Skutki tych działań bywają tak opłakane, że, gdy ta część już przestanie mieć nad nami pełną kontrolę, najchętniej mamy ochotę odciąć się od niej zupełnie i jej nie słuchać, niczym od dziecka, które właśnie zdemolowało mieszkanie pod naszą nieobecność.

To jednak prowadzi do błędnego koła – część, na którą nie chcemy zwrócić uwagi, dalej walczy o swoje. Dlatego też w końcu dochodzi do pętli – zaczynamy się obwiniać o to, że znowu się za coś obwiniamy. Pijemy z rozpaczy, że znów się upiliśmy. Tak męczymy się tym, że się obwiniamy za to, że nic nie zrobiliśmy, że nie mamy siły nic zrobić i znów się za to obwiniamy.

Wciąż z bardzo krytycznym podejściem do samych siebie. Wciąż bez pozytywnych efektów.

Dlatego też wiele prób zerwania z uzależnieniem – szczególnie samodzielnego rzucania palenia, nie odnosi skutku, gdyż kompletnie nie dbamy o potrzeby części, które dalej chcą palić. Ma to taki sam sens jak wymuszanie od partnerki seksu “bo się należy” czy od dziecka dobrego zachowania “bo tak ma być”. Mnóstwo rodziców, którzy próbują walczyć z uzależnieniem swoich nastoletnich dzieci, zapisując je na terapię czy do różnych ośrodków, potrafi przez lata ani razu nie spytać z otwartością swojego dziecka, dlaczego tak naprawdę używa tak często tych środków. A kiedy osoba uzależniona nie czuje się rozumiana, nie nawiązuje otwartej komunikacji, która jest niezbędna do wyleczenia.

Swoją drogą, dlatego też wielu uzależnionych najbardziej lubi pracować z terapeutami, którzy sami byli uzależnieni – czują od nich więcej zrozumienia i empatii. Czują, że ich nieracjonalne, nałogowe zachowania są bardziej akceptowane, bo ktoś wie, jak to jest. I wtedy otwierają się na prawdziwą pracę nad sobą.

3) Po trzecie, jeśli jakaś nasza część utknęła na dziecięcym (wrażliwe dziecko) lub nastoletnim (zbuntowane dziecko) poziomie rozwoju, to często jedynym sposobem, by ta część mogła dojrzewać, jest stworzenie jej bezpiecznego, wspierającego środowiska do rozwoju – podobnie jak przy wychowaniu dziecka lub nawet u dorosłych przy nabywaniu nowych umiejętności (dlatego też tak ważne jest na szkoleniu sprawienie, by uczestnicy czuli się bezpiecznie).

Jeśli więc boimy się skoczyć do wody z wysokości, która logicznie nie stanowi zagrożenia czy odbyć ważną rozmowę biznesową, która nie powinna być dla nas problemem – dalsze atakowanie siebie nie ma żadnego sensu, gdyż nie jest to taktyka, która może w jakikolwiek sposób pomóc. Wbrew naszemu instynktowi, tak jak dziecko rzadko kiedy “ogarnie się” i nagle przestanie się bać potworów w nocy, tak samo sami rzadko kiedy ogarniamy się i zachowujemy się błyskawicznie w dorosły sposób. To, co naprawdę może pomóc – to dawanie sobie zrozumienia, wsparcia i akceptacji.

Podobnie dzieje się u mężczyzn, gdy w wyniku stresu nie mogą osiągnąć erekcji.

Ciężko więc oczekiwać wysokiej skuteczności od tradycyjnej terapii uzależnień, gdzie za błąd i złamanie zakazu abstynencji można od razu wylecieć na stałe z terapii, zamiast, jak w podejściach opartych na redukcji szkód, popatrzeć na to ze wspierającym podejściem.

Tak jak pisałem wcześniej, rozumiem że to nowe podejście jest bardzo wymagające. Bo czasem nóż się w kieszeni otwiera, gdy widzisz co zrobiło właśnie Twoje dziecko lub Twoi pracownicy. Lub jakaś Twoja część – a więc Ty sam. Ale – wbrew odruchom – dalsza walka jest bezcelowa.

Tak jak żadna kara (również śmierci) nie sprawi, że ludzie przestaną zażywać narkotyki i je sprzedawać, tak samo żadne naciski i kary nie sprawią, że inni ludzie będą chcieli zachowywać się tak jak chcesz. I tak samo twoje części – gdy tylko będziesz miał słabszą chwilę i nie będziesz się kontrolował, koniec z dietą, abstynencją czy regularnymi ćwiczeniami. Te części będą szły po trupach do celu, dopóki nie zaczniesz się interesować ich potrzebami i wspierać ich działaniem. Będą jak dziecko, które robi pijacką imprezę, gdy tylko znajdzie się z dala od rodziców.

Warto więc wspierać swoje Wewnętrzne Dziecko – zarówno, gdy czuje się słabe i wrażliwe, jak również, gdy się buntuje i niszczy nasze życiowe cele.

I choć nikt nas tego nie uczył – ani rodzina w ogromnej ilości przypadków nie zwracała uwagi na potrzeby dzieci, ani nauczyciele w szkole, ani znaczna większość pracodawców – to nie zmniejsza naszego cierpienia. Zamiast zwiększonej presji, nacisku i ataków na siebie – to, co ma większą szansę zadziałać to zmniejszenie listy wymagań czy wsparcie się po porażce. Zrozumienie, że masz ochotę na coś nieracjonalnego i masz do tej ochoty prawo. Odpoczynek – nawet jeśli nie zmęczyłeś się niczym konstruktywnym, a jedynie swoim nałogiem lub obwinianiem się za to, że znów nic nie zrobiłeś.

Chodzi mi tutaj o wspieranie siebie i bycie dla siebie dobrym i miłym (nazwę “kindfulness” pierwszy raz usłyszałem u swojej nauczycielki Diany Mediny), które uważam za znacznie więc niż newagowy banał. Widzę to jako bardzo konkretne, nowoczesne podejście, z wieloma narzędziami wspierającymi ten proces (jak praca z Wewnętrznym Dzieckiem czy rozmowy z częściami). I tak jak ruch mindfulness jest czymś znacznie więcej niż banalne “bądź uważny”, tak samo widzę kindfulness jako zmianę paradygmatu w pracy nad sobą (podobnie jak powoli zmienia się paradygmat w traktowaniu pracowników, uczniów w szkole czy własnych dzieci). I choć dla wielu z nas nie stanowi on wielkiego logicznego odkrycia, zmiana wszystkich atawistycznych, systemowych, dziecięcych, nastoletnich, zawodowych nawyków wymaga ogromnej pracy, która nieraz skończy się niepowodzeniem.

Oczywiście w pełni rozumiem, że nieraz Twoje tendencje i emocje nie będą pasowały do obrazu siebie – zarówno wyidealizowanego (wtedy warto pracować ze zmianą oczekiwań) jak i w pełni rozsądnego (wtedy należy zwolnić i dać sobie trochę czasu, aż tamte części dojrzeją w sprzyjającym środowisku). Jednocześnie pamiętajmy o tym, że prosty nacisk i presja niewiele zmienią. Zamiast bycia dla siebie tyranem, polecam stanie się mądrym zarządzającym, którego reszta części lubi i szanuje.

 

Życzę w takiej postawie dużo powodzenia –  bądź dla siebie miły również wtedy, gdy nie udaje Ci się być dla siebie miłym i złapiesz się na atakowaniu siebie.

 

 

SmartLove

Jeśli sądzisz, że powodzenie w związku zależy tylko od przeznaczenia, partnerzy są po prostu albo dopasowani albo nie, a wszystko co robią dla siebie musi wynikać ze spontanicznych impulsów – to szkolenie z pewnością Cię nie zainteresuje.

Dowiedz się więcej
X

Dowiedz się jak zbudować udany związek

Pobierz trzy darmowe video.

Nie, dzięki.