Czy himalaiści to wielcy bohaterowie ludzkości czy godni pożałowania, uzależnieni egoiści?


Ostatnie dni (piszę ten artykuł świeżo po akcji ratunkowej na Nanga Parbat) na nowo rozbudziły kontrowersje wokół himalaizmu i ludzi go uprawiających.

Czytając dyskusje internetowe dawno nie spotkałem takiej ilości agresji, jednostronnego spojrzenia (często u obu stron) i nieracjonalnych argumentów. Porównywalne to dla mnie do dyskusji o uchodźcach, broni palnej lub terapii kontrolowanego picia – co wskazuje, że możemy mieć do czynienia z silnymi uwarunkowaniami kulturowymi, które ciężko jest zmienić. Klasyczne w takich sytuacjach jest bowiem bardzo silne bronienie mitu (włącznie z agresją do ludzi, którzy go nie kupują) i równie agresywne atakowanie go przez ludzi, którzy się z niego wyzwolili. Jak w każdej takiej sytuacji warto uważać, by nie oceniać sytuacji przez emocjonalne uprzedzenia, ale starać się jej jak najdokładniej przyjrzeć.

Abstrahując od śmierci jednego ze wspinaczy, bólu jego rodziny i przyjaciół oraz smutku wielu obserwatorów śledzących akcję ratunkową i tego, że zwyczajnie, po ludzku, było mi bardzo żal na wieść, że jedna osoba z tej góry nigdy nie zejdzie, że wyobrażałem sobie, co może czuć oślepiony, wyziębiony człowiek czekający na pomoc, która nigdy nie nadejdzie i co mogą czuć jego najbliżsi, wyobrażając sobie jego agonię – chciałbym głębiej przeanalizować to zjawisko, bo mało które wywołuje tak skrajne uczucia.
Dla jednych himalaiści to bohaterowie, pionierzy ludzkości, którzy wybrali autentyczną ścieżkę życia, podążyli za marzeniami i dzięki nadludzkiej odwadze i wytrzymałości stanowią dla nas wzór człowieczeństwa, ludzie, których też nie wolno nam oceniać, jeśli sami się nie wspinamy i nie mamy pasji, za którą możemy oddać życie. Jednym zdaniem – najwyższy stopień ewolucji człowieka.
Dla innych to uzależnieni od adrenaliny narkomani, którzy dla bezwartościowych celów ryzykują życie swoje i swoich ewentualnych ratowników, nie są w stanie zmierzyć się z prozą dnia codziennego i zostawiają rodziny dla krótkiego haju, w dodatku ich odpowiednio nie ubezpieczając i żerując na naszych podatkach. Jednym zdaniem – ślepa uliczka ewolucji.

Żeby opisać w pełni moje, od razu dodam – dość mieszane i niejednoznaczne podejście do tego tematu, muszę na wstępie nie zgodzić się z często używanym argumentem “jeśli sam się nie wspinałeś na Mount Everest, to nie możesz tego oceniać”. Owszem, nie mnie oceniać poszczególne decyzje podczas akcji ratunkowej czy sposób zdobywania szczytu – nie mam na ten temat fachowej wiedzy, która pozwalałaby mi na takie analizy.
Jednocześnie, biorąc ten argument za prawdziwy, nie moglibyśmy oceniać działań wielu innych osób, takich jak alkoholicy, bohaterowie wojenni, mordercy, czy olimpijczycy, które oceniamy, a co więcej – musimy oceniać. Biorąc też pod uwagę fakt, jak wielu alkoholików mówi bardzo jednostronnie na temat alkoholizmu, nie zauważyłem, by własne doświadczenie zawsze musiało wnosić coś wartościowego do dyskusji. Lepsze zrozumienie intencji innych osób wcale nie jest też konieczne do wypowiadania się o ich czynach – przeczytanie biografii Stalina pomaga bardziej zrozumieć jego pobudki i zaplecze psychologiczne, ale niewiele zmienia w ocenie jego zbrodni. Te same osoby, które używają tego argumentu, same oceniają oceniających i wtedy im to nie przeszkadza.
Traktuję to więc jako zwykły mechanizm obronny, który jest nie do zastosowania w realnym życiu.

Żeby też odpowiedzieć na kolejny argument, w którym przeciwnikom himalaizmu zarzuca się brak romantyzmu, brak pasji i życie zakupami oraz tym, co leci akurat w telewizji, chciałbym powiedzieć na początek parę słów o sobie i swoim stosunku do himalaizmu.

Na czytaniu książek o wspinaczach się wychowałem (co ciekawe, jednak z nich – autorstwa Krzysztofa Wielickiego, bardzo mi pomogła w kontekście biznesowym), z wielka przyjemnością oglądałem też na ten temat filmy. Co jakiś czas zdarza mi się także (najczęściej przy okoliczności obcowania z tym tematem) pofantazjować trochę o zdobyciu Mount Everestu. Mam spory emocjonalny sentyment do tego typu aktywności.
Sam jestem osobą, która stara się życie przeżywać raczej zbyt intensywnie niż zbyt mało – podróżowałem po amazońskiej dżungli pijąc szamańskie wywary z tamtejszymi uzdrowicielami, mam na swoim koncie samotne wycieczki na amerykańskie pustynie, nocowanie w lasach (polskich i amerykańskich) i organizowanie warsztatów survivalowych, wspinaczkę, skoki do wody z wodospadów, skok na DreamJumpie (bardziej intensywna wersja bungee) czy schodzenie po linie z 77 metrowego wodospadu. Mam na nim też wspinaczkę na wulkan Mount Shasta w Kalifornii o wysokości niemal 4500 metrów (która przy moim zerowym doświadczeniu była emocjonalnie jak wyprawa w Himalaje), gdzie zdarzają się wypadki śmiertelne, o której więcej napisze później.
Że nie wspomnę o spróbowaniu kilkudziesięciu psychoaktywnych substancji w młodości.

Moja praca, w której nieraz podróżuję po różnych krajach i pracuję z największymi ludzkimi traumami, oprócz wielu innych wymiarów, jest dla mnie życiem na bardzo wysokich obrotach. Oddychanie holotropowe, które prowadzimy, nazwałem kiedyś nawet „podróżą dookoła świata w jeden weekend”. Skoro więc nie zamykam się w domu unikając najdrobniejszej szansy na niebezpieczeństwo i próbuję wycisnąć więcej ze swojego życia niż to, co ma nam do zaoferowania mainstream, powinienem być pierwszym, który staje murem za pasją wspinania się na ośmiotysięczniki.

A jednak coś mnie kłuje w oczy i ściska za serce, gdy zaczynamy mówić o himalaizmie.
Jest to statystyka. Statystyka, która mówi, że himalaizm jest najniebezpieczniejszą ludzką aktywnością, która nie jest bezpośrednim samobójstwem (jednocześnie bardziej niebezpieczną od wielu form samobójstwa).
Śmiertelność w przypadku wspinania się po tych górach wynosi średnio 12% . Na 9 osób ruszających na wyprawę, średnio jedna zginie!!! I to jeśli mówimy ogólnie, bo przykładowo na K2 ta szansa to 25% (dokładnie tyle samo ile w przypadku… postrzału w serce (!), jeśli tylko na czas zdąży się do szpitala). To zawrotna liczba, ponad kilkaset razy przekraczająca sporty walki, kilkakrotnie przekraczająca sporty uznawane za ekstrema wśród ekstremalnych, takie jak base jumping. Nie wiem, czy robione są statystyki przeżywalności dla słynnych youtubowych filmów z rosyjskimi chłopakami podciągającymi się na dźwigu, przy których większość ludzi puka się w czoło – ale bardzo możliwe, że wciąż byłyby niższe niż Himalaje.
Dla innego zobrazowania tego niebezpieczeństwa – gdybym zagrał w rosyjską ruletką z pistoletem na 10 nabojów, wrzuciłbym jeden nabój do komory, zakręcił i pociągnął za spust mierząc sobie w głowę, wciąż miałbym większe szanse na przeżycie (90%). Biorąc pod uwagę, że mam małe dziecko, podejrzewam, że nawet gdybym przeżył, większość ludzi uznałaby mnie za niespełna rozumu i próbowała przymusowo skierować na leczenie.

Dlaczego więc, przy taki gigantycznym niebezpieczeństwie przekraczającym jakiekolwiek inne aktywności, wiele osób tak bardzo broni himalaistów i oburza się na porównania ich do uzależnionych od narkotyków osób (mimo iż zmiany strukturalne w ich mózgach potrafią być bardzo podobne)?

POMOC DLA LUDZKOŚCI

Jeśli wyłączymy emocje i nasze podświadome skojarzenia z odkrywcami lądów i spróbujemy rozebrać to na czynniki pierwsze, to wnioski mogą być zaskakujące. Nawiasem mówiąc, jeśli już porównujemy himalaistów do takich odkrywców jak Kolumb i Magellan, warto zwrócić uwagę na to, że o ile z europejskiego punktu widzenia na pewno te wyprawy przyniosły wiele korzyści, o tyle dyskusyjne jest, czy dla całej ludzkości (szczególnie poleciłbym tu spojrzeć z perspektywy Indian) to, że dokonano tych odkryć akurat w tamtym czasie, było tak wspaniałym krokiem naprzód. Nie jestem tu oczywiście wrogiem postępu i sądzę, że gdyby nie oni to ktoś prędzej czy później i tak by tych odkryć dokonał, jednocześnie kwestionuję to, czy aby na pewno warto patrzeć na nich jak na bohaterów ludzkości, którzy poprawili los naszej planety.
Nawet gdyby pominąć jednak los Indian, warto zaznaczyć, że wielkie odkrycia geograficzne czy technologiczne ludzi poświęcających dla nich swoje życie (ze znacznie mniejszym ryzykiem śmierci niż w Himalajach) faktycznie wpływają na los ludzkości w sposób, jaki większość z nas odczuwa na własnej skórze – latając samolotami, korzystając z dobrych lekarstw czy choćby zapalając nocną lampkę wieczorem. Nawet ludzie eksperymentujący z substancjami psychodelicznymi mogą wnosić istotny głos na temat, który może przynieść korzyści dla wielu osób – terapii psychodelicznej, coraz bardziej badanej naukowo.
Ciężko jest jednak podać realne korzyści dla całej ludzkości ze zdobywania kolejnych ośmiotysięczników – jeśli nie liczyć ciekawych wywiadów i programów na ten temat. Wszelkie argumenty o “badaniu najlepszych dróg dla przyszłych himalaistów” czy “współzawodnictwie z innym krajami w zdobywaniu szczytów” to tylko błędne koło – istnieją tylko dlatego, że himalaizm kulturowo jest uznawany za coś wartościowego. Gdyby zastosować tą samą argumentację do skoków ze spadochronem z balkonu (widziałem taki film, oczywiście z Rosji, i nikt z komentujących nie zachwycał się heroizmem skoczka, raczej odsyłali go na leczenie), nie miałoby to sensu.
Nikt z komentujących w internecie nie był do tej pory wskazać żadnej realnej korzyści dla szarego człowieka z faktu, że ktoś zdobył nowy szczyt w zimie bez tlenu. Wymierna korzyść może być porównywalna z nowym rekordem świata w trójskoku (dyscypliny miliony razy bezpieczniejszej), który, jak podejrzewam, mało kogo interesuje i mało kto wie, jaki on aktualnie jest.
To wszystko wskazuje na to, że zasłanianie się dobrem ludzkości czy wyższymi celami dla społeczeństwa nie ma za bardzo sensu. Wspinanie się może mieć więc sens jedynie z powodów osobistych.
Czy go ma?

KONTROLA A WYPADKI

To, co na pewno w oczach widzów odróżnia himalaizm od grania w rosyjską ruletkę, to iluzja kontroli – dokładnie ta sama, która stwarza nam poczucie, że bezpieczniej będzie w samochodzie, zależnym przecież od nas, niż w samolocie, gdy nie mamy tak naprawdę na nic wpływu.
Jednocześnie sami wspinacze używają nieraz odwrotnego argumentu, zaznaczając, że jest mnóstwo zmiennych, których się nie da przewidzieć i przecież nikt nie idzie w góry, żeby się zabić – ale jak tu przewidzieć, że linka się urwie albo kawałek lodu się ukruszy. Te argumenty pokazują, że w górach tak naprawdę jest mnóstwo sytuacji absolutnie poza kontrolą wspinających się. To, że sami możemy wybrać trasę i sami kierujemy naszym ciałem, nie zmienia faktu, że wchodzimy wtedy z własnej woli w ekstremalnie niebezpieczną sytuację, w której multum rzeczy jest poza naszą kontrolą.
W tej sytuacji zrzucanie winy na nieszczęśliwy wypadek mija się z celem – jeśli wypadki zdarzają się tak często (12%!), brzmi to jak tłumaczenie się wypadkiem podczas gry w rosyjską ruletkę. Po prostu czasem nabój się trafi – ciężko to uznać nawet za jakiś wielki pech.
Niezależnie od tego, jak wyszkolony jest himalaista, nie jest on w stanie kontrolować tak niebezpiecznej trasy. Szczególnie jeśli – tak jak w ostatniej wyprawie – utrudnia sobie zadanie nie biorąc tlenu, wspinając się w małej grupie czy popełniając błędy aklimatyzacyjne.

RÓŻNICA MIĘDZY HIMALAIZMEM A INNYMI NIEBEZPIECZNYMI AKTYWNOŚCIAMI

Kolejne czynniki sprawiające, że na himalaistów patrzymy bardziej przychylnie niż na skaczących z budynków, jest sama natura wspinania się. Wchodzenie na szczyt ma ogromne zabarwienie pozytywne w kulturze i jest metaforą osiągania celów, pokonywania własnych słabości, realizacji potencjału. Krótko mówiąc – kto wchodzi na szczyt, jest godny podziwu (nie inaczej jest u zwierząt).
Góry same w sobie również wywołują ciepłe skojarzenia u wszystkich, którzy kiedyś w nich chodzili, a samotna wyprawa, w której mierzysz się ze swoimi słabościami, to archetypowa podróż bohatera obecna w większości mitów i bajek.
Ponadto, potrzebna do tego siła i wytrwałość są również wartościami bardzo cenionymi, znacznie bardziej niż szybkość i zwinność, potrzebne do bezpiecznego skoku ze spadochronu z balkonu. Nie mówiąc już o zażywaniu substancji psychoaktywnych czy braniu udziału w ustawkach kibiców, co wywołuje różne inne, niezbyt bohaterskie skojarzenia.

ODWAGA

Dość dyskusyjna jest kwestia odwagi u himalaistów – sądzę, że nie ma na ten temat łatwej odpowiedzi, zależy bowiem choćby od tego jak się ją definiuje.
Moje doświadczenie (oczywiście nie jest miarodajne dla wszystkich, ale mogące coś zobrazować) jest zupełnie inne. Odwagę, w znaczeniu pokonywania najgłębszego lęku, czułem przy skoku na DreamJumpie, gdzie całe ciało mi zesztywniało i czułem się bezradny jak noworodek, a mimo to skoczyłem. Odwagę czułem spuszczając się po linie z ogromnego wodospadu, gdy pierwszy krok pod którym nie było skały był dla mnie jak skok w przepaść, a każdy (dosłownie) oddech był bardzo głośny, ale mimo to konsekwentnie poruszałem się w dół. Odwagę czułem nawet na ściance wspinaczkowej, gdzie trudne przejście na chwile mnie paraliżowało, a po chwili zbierałem siły, by jednak spróbować je pokonać.
Natomiast kilkunastogodzinna wspinaczka w śniegu nie wiązała się u mnie w ogóle z lękiem i pokonywaniem go. Wręcz przeciwnie, był to tak ogromny wystrzał adrenaliny i poczucia mocy, że lekceważyłem zupełnie porady przewodnika, nakazującego zawrócić przed szczytem z powodu pogody. Tylko resztki rozumu i doświadczenie przebywania w odmiennych stanach świadomości sprawiło, że go posłuchałem i zawróciłem po krótkiej chwili.
Jeśli takie stany przeżywają równiez himalaiści (a większość wskazuje na to, że tak – znacznie więcej jest tam przypadków, gdy ktoś przecenia swoje siły niż poddaje się za wcześnie), to nie brzmi to jak stany nadludzkiej odwagi, ale przebywanie na adrenalinowym haju (do którego, jak wyjaśnię później, wcale nic nie mam).

Gdyby nawet pominąć tutaj wpływ adrenaliny, rodzą się pytania – czy skok ze spadochronem z balkonu (dla uproszczenia, z uwagi na brak badań, załóżmy, że jest on podobnie niebezpieczny jak w przypadku himalaizmu) też jest dla nas aktem odwagi, czy jednak szaleństwa opartego na iluzji “mi się akurat uda”? Czy rosyjskich akrobatów na dźwigu nazwiemy odważnymi czy szalonymi?
Czy kogoś, kto postawi w ruletce w kasynie cały swój majątek i go straci, nazwiemy osobą (choć stawka jest tutaj mniejsza niż życie) odważną czy niezrównoważoną?

Czy jeśli ktoś chciałby przetestować na sobie miks 4 substancji psychodelicznych nazwiemy go odważnym? Jeśli taka próba naprawdę wymaga odwagi (bardzo możliwe, że będzie ekstremalnie nieprzyjemna), a szansa śmierci jest, wbrew pozorom, w takiej sytuacji minimalna? Czy jednak uznamy, że musi miec jakiś problem ze sobą, niezależnie od tego, że może przeżyć doświadczenie, jakiego nikt jeszcze nie przeżył?

Czy więc jedynym powodem, dla którego w tym przypadku masowo widzimy odwagę jest kulturowe zaplecze himalaizmu?

PASJA A UZALEŻNIENIE

Być może największym tematem tabu w tej sytuacji jest granica między pasją a uzależnieniem. Granica jaką jest w ogóle wyjątkowo ciężko postawić wielu osobom nawet przy piciu piwa czy graniu w kasynie.
Jednocześnie warto zwrócić uwagę, że gdyby przyjąć kryteria jakimi diagnozuje się alkoholizm (choćby ryzykowanie zdrowia i życia, powtarzanie zachowania mimo poprzednich problemów, brak możliwości szczęścia bez tego zachowania), z pewnością zachowania himalaistów zostałyby uznane za uzależnienie (w momencie, gdy poprawiam ostatnie wersy w tym artykule, wpada mi w oczy strona z rozmową z Elisabeth Revol, leczącą właśnie w szpitalu odmrożenia. – „Czy wrócisz w góry? – „Oczywiście. Potrzebuję tego do życia”)
Jest to ciekawe o tyle, że o ile w kulturze zachowania związane z pasją i marzeniami wynosimy na szczyt (nomen omen), nawet jeśli są skrajnie niebezpieczne – o tyle uzależnienie traktujemy z odrazą, nawet jeśli granica między nimi jest bardzo cienka. Mamy też w ogóle jako społeczeństwo problem z poważnym podejściem do uzależnień od zachowań, które są generalnie pozytywne – jak praca, sport czy podróże. O ile wciąganie kokainy w środku tygodnia do obiadu od razu piętnujemy, o tyle musi dojść do naprawdę sporego przegięcia w “pozytywnych czynnościach” (czy ryzyko śmierci 1/9 już się kwalifikuje?), by w ogóle zwrócić na to uwagę.
Dlatego fakt, że porównanie himalaistów do heroinistów czy innych uzależnionych osób (z podkreśleniem, że każdy z tych nałogów jest wbrew pozorom bezpieczniejszy) wywoływało wściekłość u wielu osób, może mieć dwa wyjaśnienia. Pierwszym jest to, o czym pisałem wyżej – że gloryfikujemy za bardzo himalaizm, ale i pasję i marzenia w ogóle.
Druga sprawa jednak to to, że w naszym społeczeństwie nie widzi się odpowiednio osób uzależnionych, traktując ich albo jako odrażających, słabych, niezrównoważonych emocjonalnie przegranych, lub – w bardziej humanitarnej wersji – biednych, chorych ludzi.
Pobudki osób uzależnionych są, według większości, doskonale znane – to ucieczka od rzeczywistości, z którą sobie nie radzą, lub w najlepszym razie prymitywna, hedonistyczna chęć bycia na haju. Ponieważ obie te rzeczy za chwalebne nie uchodzą, uważamy uzależnienie za coś jednoznacznie złego.

Jednocześnie psychologia transpersonalna ma do tego tematu zupełnie inne podejście.
Ponieważ odmienne stany świadomości i potrzeba ich doświadczania są tu wartością samą w sobie, nie piętnuje się nikogo za samą chęć przebywania w odmiennym stanie umysłu, nawet jeśli nazwiemy go “hajem”. Wszystkie kultury wykształciły sobie różne sposoby wchodzenia w podobne stany – czy to za pomocą substancji, czy praktyk duchowo-terapeutycznych czy podczas sportów ekstremalnych – czy też podczas wielkich wydarzeń w życiu (ślub, narodziny dziecka, wielkie wydarzenie polityczne) – i to normalne, a nawet dobrze widziane, że ktoś chce ich doświadczać.
Jednakże decyzja, by przebywać bez przerwy w pięknej teraźniejszości za pomocą substancji chemicznych to po prostu pomylenie drogi, mimo iż kierunek jest szczytny (nomen omen). Dlatego zamiast piętnować chęć bycia na haju, bardziej pracuje się tutaj nad znalezieniem zdrowszej formy przeżywania pięknych i intensywnych chwil (nie zmienia to faktu, że część uzależnienia to też tendencje ucieczkowe, nad którymi się pracuje), a osób uzależnionych nie uważa się za przegranych, lecz za stosujących nieadekwatne narzędzia.
Podobne podejście mogłoby tutaj dotyczyć himalaizmu – to naturalne, że ludzie chcą przeżywać tak niezwykłe stany świadomości. Moją wspinaczkę na Mount Shasta pamiętam jako jedno z piękniejszych doświadczeń w życiu. Tak jak oddychanie holotropowe za pomocą kilku elementów (oddech, muzyka, zawiązane oczy, praca z ciałem, proces grupowy, pełna ekspresja) pomaga uzyskać niezwykły stan świadomości, tak samo górska wspinaczka – poprzez połączenie rozrzedzonego tlenu, niesamowitych widoków, ogromnego wysiłku fizycznego i psychicznego, wsparcia grupowego i rytualnego “to jest ten dzień” – wywołała u mnie piękny i niesamowity stan, który z pewnością zapamiętam do końca życia. Stan, który – muszę to uczciwie dodać – nie różnił się drastycznie od innych odmiennych stanów świadomości, w tym wywoływanych substancjami chemicznymi.
Było to to samo, pełne ekstremalnych emocji, poczucie, że cały otaczający świat znika i liczy się tylko ten jeden moment i to doświadczenie. Było to wrażenie, że takie doświadczanie rzeczywistości to jedyny i ostateczny cel egzystencji, która przecież i tak jest z natury nietrwała. I choć, schodząc z góry naładowany adrenaliną, snułem plany wspinaczki na Kilimandżaro czy Aconcaquę, po dłuższym czasie doszło do mnie, że jest mnóstwo innych sposobów na uzyskiwanie takich stanów. Sposobów nie tylko bezpieczniejszych, ale co być może ważniejsze – dających większą odpowiedzialność nam i zdolnościom naszego mózgu, a nie “wspaniałym górom”.

Sam Krzysztof Wielicki nie pozostawia złudzeń, co jest ogromną motywacją w przypadku wspinania, tłumacząc, że podczas zdobywania jednej góry może przeżyć tyle uczuć, co inny człowiek przez całe życie. Nie oceniając tej motywacji jako złą, warto po prostu powiedzieć wprost – chodzi o intensywne doświadczenie.

Z tego powodu kompletnie nie rażą mnie porównania himalaizmu do używania substancji – efekt psychiczny przez nie powodowany może być identyczny, tylko odpowiedzialność za niego przeniesiona gdzie indziej. I prawdopodobieństwo śmierci zupełnie inne.

Co ciekawe, argumenty, które brzmią romantycznie w himalaizmie, wywołują zgoła inne uczucia jeśli mówimy o narkotykach.

“Dlaczego bierzesz kokainę? – Bo jest.”
“Jeśli nigdy nie próbowałeś MDMA to nie zrozumiesz, czemu ryzykuję życiem, chcąc pobić rekord”.
“Heroina to pasja, dla której niektórzy gotowi są poświęcić życie. Nie masz prawa tego oceniać”.
„Jeśli źle oceniasz branie narkotyków, to dlatego, że sam masz nudne życie”.

Uważam, że jeśli te cztery teksty brzmią dziwnie przy narkotykach, jedynie uprzedzenie kulturowe sprawia, że nie brzmią dziwnie przy wspinaniu się.

Traktując wspinaczy jako poszukujących najwyższych stanów, ale uzależnionych jednocześnie od adrenaliny, warto zwrócić uwagę na to, że podobnie jak w przypadku innych uzależnień częstym powodem, dla którego ludzie sięgają po takie rzeczy są silne doświadczenia traumatyczne (często molestowanie w dzieciństwie), które powodują przymus powtarzania traumy. W psychologii transpersonalnej takie uzależnienie to także efekt utknięcia na jednym z etapie rozwojowych (podobnie jak narcyzm jest utknięciem na innym).

Ponieważ temat uzależnienia od adrenaliny jest jednak niezbyt znany (jak widać z tego artykułu często zamiast pomagać uważa się takich ludzi za bohaterów) mało kto będzie próbował z tym pracować, poprzestając na cieszeniu się, że zamiast narkotyków wybrał sporty ekstremalne. O ile raziłoby to nas jednak otoczenie w przypadku skakania z balkonu, o tyle inaczej jest przy zdobywaniu szczytów.

By było jasne – nie jestem za zakazywaniem takich niebezpiecznych czynności, podobnie jak nie jestem za zakazem używania narkotyków. Jednocześnie jestem za edukacją i świadomością, z czym mamy do czynienia i jakie są bezpieczniejsze alternatywy.

CZY HIMALAIŚCI TO SZLACHETNI LUDZIE BEZ SKAZY?

Taką wersję ostatnio też słyszałem, mówiącą, że ktoś, kto ryzykuje życiem dla marzeń, musi być nieskazitelny i stanowi wzór dla nas wszystkich.
Jednak himalaiści bywają różni – na pewno są wśród nich dobrzy, uczciwi i pomocni ludzie. Być może nawet jest ich większość. Realistycznie patrząc – na pewno jednak część z nich robi to z powodów statusowych, chcąc albo udowodnić swoją niezwykłość albo odegrać się za swoje niedowartościowanie. Element „kto pierwszy wejdzie na szczyt” jest bardzo istotny w rywalizacji między różnymi ekipami.
Są znane całkiem liczne przypadki kłamstw (u światowej czołówki wspinaczy!), że zdobyło się szczyt, w chwili, gdy było zupełnie inaczej – dopiero zdjęcia to demaskowały. Wielokrotne są też omawiane sytuacje dyskusyjne etycznie częste sytuacje, gdy ktoś umiera w drodze na szczyt (lub z niego), a pozostali omijają go i próbują zdobyć górę. O ile każdy ma prawo zajmować się sobą, o tyle ciężko to nazywać jakimś nadludzkim bohaterstwem.

Pamiętajmy, że są to ludzie w ekstremalnych sytuacjach i zachowują się różnie – czasem skrajnie szlachetnie, czasem skrajnie egoistycznie.

HIMALAIŚCI A ICH RODZINY

Ważnym argumentem w tej dyskusji jest kwestia rodzin wspinaczy. O ile nikt nie broni dorosłemu człowiekowi niebezpiecznych aktywności (dopóki nie są to narkotyki, za co można trafić do więzienia) i można ją co najwyżej ocenić po swojemu, o tyle sprawa komplikuje się, gdy w grę wchodzą partnerzy i dzieci.
I o ile nie chodzi mi o to, by podporządkowywać się całkowicie dobru dziecka i odmawiać sobie dla niego przyjemności, o tyle w przypadku tak dużego ryzyka warto przemyśleć, na ile jest to fair w stosunku do małego człowieka, za którego powinniśmy być odpowiedzialni. Nie zmienia tego w żadnym stopniu fakt, że mnóstwo osób w naszym społeczeństwie i tak się z tych obowiązków nie wywiązuje, porzucając dzieci czy będąc emocjonalnie nieobecnymi.
Czy gdyby ojciec rodziny grał w rosyjską ruletkę (na 9 nabojów, by szanse były takie jak przy wspinaczce) nie uznalibyśmy tego za skrajną nieodpowiedzialność w kontekście rodziny? Czy gdyby po jego śmierci okazało się, że nie ubezpieczył swoich bliskich, którzy nie mają teraz za co żyć, nie uznalibyśmy jego zachowania za naganne?

Czy gdyby śmierć nastąpiła w przypadku skoku ze spadochronem z balkonu, bronilibyśmy go miłością do swej pasji? Czy są równe i równiejsze pasje?
Czy publiczną zrzutkę na takie dzieci uznalibyśmy za bardziej uzasadnioną niż dzieci ofiary samochodowego wypadku lub ciężkiej choroby?

Rodzi to szereg pytań, które nakręca dodatkowo krążący po internecie list “syna himalaisty”, w którym oskarża on zmarłego na wyprawie ojca o tchórzostwo (!), zaniedbanie rodziny, zrzucenie wszystkiego na matkę i generalnie – zniszczenie życia.
Nawet jesli nie jest on autentyczny, bardzo dobrze ukazuje perspektywę tego, jak mogą się czuć dzieci w takiej sytuacji i jak to wygląda zza kurtyny.

CZY NIECODZIENNE I NIEBEZPIECZNE ŻYCIE TO ODWAGA?

Ostatnie pytanie może zaskakiwać, w kontekście tego jak nasza kultura ten dylemat stara się rozwiązać. Odpowiedź może wydawać się oczywista – lansuje się mocno model “zwykłego życia” jako tchórzostwa, konformizmu i schematycznego myślenia. Tymczasem “niezwykłe życie” – pełne podróży, ekstremalnych doświadczeń, wielkich przygód – jako istotę człowieczeństwa, odwagę, niezależność i autentyczność.
I coś w tym niewątpliwie jest.

Jednocześnie, jako osoba zdecydowanie po drugiej stronie skali muszę uczciwie powiedzieć, że nie jest to takie proste jak się wydaje. Osoby o konstrukcji psychicznej podobnej do mojej (a himalaiści mogą być tutaj jeszcze dalej od zdrowego środka) znacznie lepiej odnajdują się w sytuacjach niezwykłych, niestandardowych, wymagających szybkiego reagowania i pełnych bardzo silnych emocji niż podczas codziennych, zwyczajnych obowiązków.
Wiele lat temu opowiadałem mojej ówczesnej partnerce, jak bardzo czuję, że żyję, prowadząc intensywne procesy terapeutyczne, a jak bardzo nienawidzę zmywania naczyń. Zdarzało mi się kiedyś traktować prowadzenie warsztatów jako dużo ciekawszą i łatwiejszą alternatywę dla siedzenia w domu i zmieniania pieluch. Choć wiele się w tej sytuacji zmieniło, wciąż powiedziałbym, że trochę bardziej naturalnie czuję się w sytuacjach niezwykłych niż podczas prozaicznych, codziennych czynności.
Sądząc po relacjach z życia wielu himalaistów, jest to u nich bardzo częste zjawisko (nie różnią się tu specjalnie od innych uzależnionych, szczególnie wielu artystów, których proza życia zupełnie dobijała). Czytając relacje o tym, jak męczyli się z dala od gór i jak odżywali wspinając się ponownie, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że przed czymś uciekali. Przed czymś, co, niezależnie od tego jak cudowne stany świadomości się rzadziej lub częściej przeżywa, jest nieuchronnym losem człowieka.
W tym znaczeniu odwaga może oznaczać coś zupełnie przeciwnego niż się na pierwszy rzut oka wydaje. Być może nie jest nią wcale ciągłe szukanie przygód i pokonywanie niebezpieczeństw – tylko przy całej świadomości, że umie się wejść na Mount Everest, świadome i satysfakcjonujące życie w codzienności (niekoniecznie zanudzając się przy tym na śmierć).
Biorąc pod uwagę, że bez namysłu przyjąłbym ofertę ciekawej wyprawy po świecie, gdybym tylko nie miał żadnych zobowiązań, a tymczasem od kilku dni nie mogę się zmobilizować, by zejść do skrzynki pocztowej po rachunek za prąd, myślę że to nie jest takie proste jak się może wydawać.

SmartLove

Jeśli sądzisz, że powodzenie w związku zależy tylko od przeznaczenia, partnerzy są po prostu albo dopasowani albo nie, a wszystko co robią dla siebie musi wynikać ze spontanicznych impulsów – to szkolenie z pewnością Cię nie zainteresuje.

Dowiedz się więcej
X

Dowiedz się jak zbudować udany związek

Pobierz trzy darmowe video.

Nie, dzięki.