Czy terapia kontrolowanego picia ma prawo zadziałać na osobę uzależnioną?


Jeden z bardzo ważnych tematów, któremu wciąż nie mogę na ten moment poświęcić tyle uwagi i czasu, ile bym tak naprawdę chciał, lecz który jest mi od dawna bardzo bliski – to temat terapii opartej na kontrolowanym piciu (i w ogóle temat podejścia do uzależnień opartego na kontrolowaniu zachowania, a nie całkowitym jego zaprzestaniu).

Zjawisko to, szczególnie w naszym kraju, jest bardzo kontrowersyjne, a każda niemal publiczna rozmowa na ten temat kończy się obraźliwymi epitetami i silnymi emocjami. Niezależnie od tego jak łagodnie poruszy się tą kwestię, jak wiele poda badań naukowych czy przykładów z życia, jak wiele czasu poświęci się na spokojne tłumaczenie tego konceptu, wielu przekonanych o swojej racji rozmówców (z których prym wiodą niestety terapeuci uzależnień) traktuje takie poglądy jak świętokradztwo.

Niestety, mimo różnych rozmów odbywanych przez wiele lat nie zdarzyło mi się jeszcze uczestniczyć w racjonalnej, opartej na rozsądnych argumentach dyskusji z wyraźnym zwolennikiem teorii całkowitej abstynencji jako jedynego rozwiązania. Zamiast tego w takich rozmowach występuje sporo (a często wszystkie naraz) zjawisk fanatycznych – czyli obecności takich poglądów, których zmiana jest niemożliwa, gdyż jakikolwiek argument będzie z góry odrzucony. Rozmowy takie bardziej przypominają kłótnie kierowców na drodze niż poważne dyskusje o różnych alternatywach dla pracy z uzależnieniami.

Zarówno dla osób zainteresowanych nietypowymi w Polsce metodami pracy z uzależnieniami, jak i dla tych, których ciekawią mechanizmy fanatycznej rozmowy, chciałbym opisać tu kilka sposobów, w jaki mogą układać się takie rozmowy. Sam fakt, że taki schemat występuje często, może oszczędzić niektórym nieco osobistej frustracji, gdy ktoś za wszelką cenę nie chce zobaczyć rozsądnych argumentów. Niezależnie, czy chodzi o uzależnienia, czy też szczepionki, zdrowe jedzenie, reptilian, legalność marihuany, rozmowy na temat religii i oczywiście polityki.

Żeby było jasne, dopuszczam możliwość, że ktoś może mieć inne zdanie na temat możliwości kontrolowania swojego dawnego nałogu. Jeśli chciałby ze mną na ten temat porozmawiać, jest w dalszym ciągu bardzo mile widziany.

1. Zwolennicy abstynencji niemal zawsze zaczynają rozmowę z pozycji eksperta. Prawie zawsze czuć z wypowiedzi nieskrywaną złość, sporo też jest obraźliwych komentarzy. Nie pytają, jakie rozmówca ma doświadczenie i co robi na co dzień, zakładają, że go nie ma, jest dyletantem, a wszelkie pomysły o kontrolowaniu nałogu to czysta, nie poparta żadnymi realnymi sytuacjami teoria (czasem dodają też rzekomą motywacje uzyskania rozgłosu takimi bluźnierczymi teoriami).

2. Nigdy nie chcą odnieść się do podsyłanych badań naukowych czy w ogóle ich czytać. Pomijają ten temat zupełnym milczeniem, mimo kilkukrotnego przypomnienia.

3. Pierwszym dowodem słuszności ich tez jest argumentum ad populum i to, co powszechnie wiadomo i co się zawsze robi.
Gdy to nie przekonuje rozmówców, drugim jest anegdotka o Zenku (Heńku albo Januszu), który trzymał przez długi czas abstynencję, ale ubzdurał sobie, że jest w stanie kontrolować picie, a po jakimś czasie się zapił.
Czasem występuje odwrotna wersja tej historii, której bohaterem często jest autor wypowiedzi – myślał, że jest w stanie kontrolować swoje picie i ciągle wpadał w ciągi, dopóki nie zrozumiał, że tylko prawdziwa abstynencja może u niego zadziałać. Od tego czasu nie pije, jest zdrowy i szczęśliwy.

4. Cały czas (mimo wielokrotnego zwracania uwagi) utożsamiają terapię kontrolowanego picia z samowolnym decydowaniem, że pije się tyle ile się uzna za stosowne.

5. Stosują specyficzną, niezgodną z oficjalną, definicję alkoholizmu. Według niej, jeśli ktokolwiek opanował później swoje picie, to nie mógł być nigdy alkoholikiem. Alkoholik jest bowiem z definicji kimś, kto nigdy nie opanuje swojego picia.

Oczywiście pułapka w tej argumentacji polega na tym, że gdyby traktować to dosłownie, to nikogo nie moglibyśmy sklasyfikować jako alkoholika, gdyż jest zawsze szansa, że opanuje swoje picie i wtedy okazałoby się, że nie byłby alkoholikiem.
Jest to jednak typowa zagrywka argumentacyjna, gdyż jak widzimy w pkt 6…

6. Jeśli podamy kogokolwiek za przykład alkoholika, który nauczył się kontrolować swoje picie, wyjścia są 2
a) on wcale nie kontroluje picia, tylko dalej jest alkoholikiem (najczęściej bez dopytywania o ilości i sposób jego picia) – gdyby nie był, to by przecież nie pił
b) jeśli naprawdę bezapelacyjnie da się dowieść, że on kontroluje swoje picie, to wniosek jest prosty – on nigdy nie był alkoholikiem (i jako argumenty są podawane ponownie poprzednie punkty – np. Przecież Zenek był prawdziwym alkoholikiem i jak kontrolował picie to…)

7. Ta rozmowa może skończyć się w nieskończoność, dopóki nie zastosuje się tzw. Testu fanatyka – czyli nie zada pytania, co musiałoby się stać, jaki dowód trzeba byłoby przedstawić, żeby rozmówca zmienił zdanie. Inaczej kończy się to tak, że po podaniu dowodu, rozmówca zarzuca innym tekstem, podtrzymując to samo stanowisko.
Dzięki temu badamy, czy mamy do czynienia z racjonalną dyskusją, gdy obie strony są zainteresowane poznaniem prawdy i są gotowe do zmiany zdania, gdy pojawią się rozsądne argumenty – czy tez jest to fanatyzm z góry zamknięty na wymianę poglądów.
Żeby być fair – sami możemy podać kryteria (lub zobowiązać się do podania ich).

Niestety, w żadnej z dyskusji, w której brałem udział nikt nie chciał powiedzieć, co musiałoby się stać, by zmienił zdanie.

Są oczywiście powody, dlaczego mit całkowitej abstytencji jest tak silny w naszym kraju.
To prawda, że uzależnienie od alkoholu jest bardzo silne (samo przerywanie picia grozi śmiercią), a samodzielne próby przerwania to zadanie ekstremalne (aczkolwiek kilka procent osób daje radę!).

Nawyki związane z piciem (zarówno psychiczne jak i nawykowe reakcje organizmu) utrzymują się bardzo długo i dość łatwo mogą aktywować się z powrotem.
Samodzielna próba kontrolowania picia przez alkoholika faktycznie najczęściej nie ma szans powodzenia, a spożycie alkoholu po wielu latach abstynencji bardzo często kończy się ciągiem (choć główną przyczyną może tu być mit całkowitej abstynencji i związany z tym efekt “a co mi tam”).

Kontrolowane picie może też kojarzyć się z darmowym obiadem – a więc jawić się jako prosta, bezwysiłkowa metoda rozwiązania problemu – co budzi zrozumiały bunt tych, którzy wiedzą, jak ciężka jest to przypadłość. Warto jednak pamiętać, że jest to bardzo intensywna praca nad sobą, często wymagająca znacznie więcej niż po prostu unikanie alkoholu.

Jednocześnie warto zwrócić uwagę, że jak w przypadku kilku silnych kulturowych tabu (jak np z poliamorią), gdy próba kontrolowanego picia się nie powiedzie, najczęściej zrzucamy to na bezsensowną metodę. Jeśli nie powiedzie się próba całkowitej abstynencji, zrzucamy to na osobę i to, że nie słuchała się terapeutów.

Rozumiem, że mnóstwo rozmówców może mieć własne psychologiczne motywy. Może ktoś z rodziny starał się (oczywiście) samodzielnie kontrolować picie i mu się nie udało – teraz mamy pretensje do tego pomysłu. Może sami zmusiliśmy się nadludzkim wysiłkiem do abstynencji i mamy poczucie, że to uratowało nam życie – byłoby to mało przyjemne, gdyby okazało się, że jednak nie trzeba było zupełnie rezygnować z alkoholu.
Podobnie jest z ogromną ilością terapeutów uzależnień – spędzili kilka kosztownych lat na eksluzywnym szkoleniu się, w wielu przypadkach ucząc się nieaktualnego materiału, który jest mniej atrakcyjny dla potencjalnych klientów niż teoria kontrolowanego picia.

Niezaleznie od tego istnieje wiele powodów, dla których “mit całkowitej abstynencji” jest szkodliwy.
Jeden z nich to stygmatyzacja na całe życie osób uzależnionych i ich fiksacja na problemie picia (człowiek naprawdę wyleczony z alkoholizmu nie będzie po 20 latach przeżywał codziennie, że udało mu się być trzeźwym – będzie koncentrował się na innych przyjemnościach w życiu).

Kolejne to sama idea rozwiązywania problemu przez unikanie go – nawet jeśli faktycznie uda się powstrzymać od spożywania alkoholu (co jest oczywiście sporym sukcesem), to ciężko mówić o faktycznym wyleczeniu człowieka, skoro tak naprawdę dalej nie ma od zrównoważonego podejścia do alkoholu, a jego zdrowie wciąż wisi na włosku.

Tworzenie wielkiego problemu z przerwania abstynencji to kolejna sprawa – najczęściej pojawia się wtedy efekt znany pod nazwą “a co mi tam” i osoba, wiedząc, że już złamała zasady, traci wszelkie hamulce i wpada w kilkudniowe czy kilkutygodniowe ciągi. Tymczasem w terapii kontrolowanego picia nie tylko małe spożycie alkoholu nie jest problemem, ale również przekroczenie tej liczby nie oznacza od razu tragedii, a jedynie materiał do pracy terapeutycznej.

Ostatnim, być może najważniejszym powodem jest to, że w starym paradygmacie mniej osób chce sięgać po leczenie, gdyż nie chcą się godzić na restrykcyjne warunki takiej terapii. Skoro warunkiem wyleczenia jest rzekomo całkowita abstynencja, mnóstwo pijących zgłasza się po pomoc w totalnej ostateczności, gdy ich życie leży w gruzach i nawet jeśli nie jest za późno, to jest już na tyle późno, że komplikacje są bardzo duże.

Warto więc, by jak najwięcej osób znało alternatywę i samo mogło wybrać, w jaki sposób chce się leczyć. By tak się stało, trzeba zacząć o tym otwarcie dyskutować.

SmartLove

Jeśli sądzisz, że powodzenie w związku zależy tylko od przeznaczenia, partnerzy są po prostu albo dopasowani albo nie, a wszystko co robią dla siebie musi wynikać ze spontanicznych impulsów – to szkolenie z pewnością Cię nie zainteresuje.

Dowiedz się więcej
X

Dowiedz się jak zbudować udany związek

Pobierz trzy darmowe video.

Nie, dzięki.