Smart Art – czyli dlaczego sztuka potrzebuje psychologii


Spośród wielu licznych grup moich klientów, niemal żadna nie wywołuje u mnie tak silnych uczuć jak artyści. Może dlatego, że sam kiedyś planowałem artystyczną karierę, zanim wciągnęła mnie psychologia (i zawsze mam wrażenie, że jeszcze kiedyś do niej wrócę) i z dużą sympatią patrzę na osoby, które tą drogą poszły. A może dlatego, że żadna inna grupa (oprócz osób w “spiritual emergency”) nie ma w sobie aż tak wielkich sprzeczności. Z jednej strony wybitne, niemal nadludzkie zdolności rozumienia archetypowych i społecznych zjawisk, oraz przekazywania ich w zrozumiały dla innych sposób – z drugiej poważne błędy i brak umiejętności radzenia sobie z dużo prostszymi, wydawałoby się, sytuacjami oraz bardzo destrukcyjne marnowanie wielkiego potencjału.

Połączone jest to często ze społecznym etosem artysty jako kogoś ponad innymi, co w związku z tym zupełnie zniechęca do pracy nad sobą. Po pierwsze – ponieważ to ze światem, a nie z nim, jest coś nie tak. Po drugie – wielu z nich obawia się, że jakakolwiek ingerencja w ich psychikę, szczególnie związana z szeroko rozumianym porządkowaniem (od biznesowego, przez inteligencję emocjonalną, zarządzanie czasem czy karierą aż po porządek w pracowni), może im wyłączyć talent artystyczny, co byłoby równoznaczne ze śmiercią. Niezależnie od tego, jak bardzo się z tym poglądem obecnie nie zgadzam (tożsamość artysty znacznie lepiej funkcjonuje bowiem, gdy ma swobodę działania i nie musi martwić się o rachunki czy szukanie notatek), pamiętam jak studiując jeszcze na wydziale Filmu i Telewizji obawiałem się medytacji. Podejrzewałem bowiem, że gdy moje ego się zmieni, stracę wenę – co jest oczywiście dowodem na kompletną nieznajomość psychiki.


Tymczasem lista powodów, dla których artyści powinni w dzisiejszych czasach sięgać częściej po narzędzia psychologiczne, jest bardzo długa. Każdy przeciętny człowiek słyszał niejednokrotnie o większych czy mniejszych problemach psychicznych dotyczących nawet najsłynniejszych twórców i to zarówno, gdy mówimy o pisarzach (Andersen miał depresję, Virginia Woolf miała depresję i popełniła samobójstwo, Ernest Hemingway miał depresję i popełnił samobójstwo, Jack London skończył podobnie, Goethe cierpiał na chorobę dwubiegunową), malarzach (najsłynniejszym przykładem jest Vincent van Gogh), muzykach (tragiczne śmierci Morrisona, Hendrixa, Joplin, Cobaina, dwubiegunowa choroba Beethovena) czy filmowcach (uzależnienia Marilyn Monroe, tragiczna depresja Robina Williamsa). Oprócz tak drastycznych przykładów można dodać pomniejsze, jak agorafobia (Leonardo da Vinci) czy hipochondria (Woody Allen) i wiele, wiele, wiele innych.

Nie sposob zliczyć dzieł, które nie powstały z powodu znacznie mniejszych problemów twórców (np brak organizacji lub nieszczęśliwa miłość, pozbawiajaca kogoś siły na rok), którzy nie poszli na terapię. Nie sposób zliczyć zapewne z kolei anonimowych artystów, którzy z powodu podobnych problemów nie zostali znani, gdyż zginęli przedwcześnie lub kompletnie nie byli w stanie tworzyć. I z pewnością nie dowiemy się jak wiele dzieł nie powstało, gdyż ktoś nie mógł się zmobilizować, by przelać je z głowy do fizyczności, nie mając prostych narzedzi coachingowych, które mogłyby problem rozwiązać.

Jednocześnie artyści wcale nie kwapią się do intensywnej psychologicznej pracy. Choroba noblistów (termin stworzony, by opisać częsty wzorzec, gdy laureci nagrody Nobla w jednej dziedzinie potrafią głosić wielkie bzdury w innej, będąc zupełnie przekonanymi o swojej racji, skoro zdobyli nagrodę Nobla) tutaj występuje bardzo powszechnie. Poczucie bycia artystą (szczególnie uznanym), który z tego powodu zna się dobrze na psychologii, moralności, związkach, biznesie, życiu i nikt nie będzie go pouczał – jest wyjątkowo częste. Mimo, iż od dobrego posługiwania się pędzlem do wiedzy na temat komunikacji w związku jest jeszcze dalej niż od matematyki do chemi, wielu twórców ma poczucie, że ich sukcesy (często wynikające z autentycznych momentów wglądu) świadczą o tym, że znają się doskonale na świecie i dobrze wiedzą jakie zasady nim rzadzą, a jakiekolwiek grzebanie w ich psychice i kwestionowanie niektórych przekonań mogłoby się skończyć utratą talentu i kreatywności. Byłoby też zniżeniem się z artystycznych wyżyn do poziomu przyziemnych ludzi, których rozwiązania z pewnością nie mogą być wystarczające dla geniuszy.

Pojedyńcze przypadki artystów, którzy w trudnych chwilach skorzystali z pomocy terapeuty i opowiadają o tym publicznie, wciąż nie są w stanie tego wzorca zmienić.

Oprocz tego meta-problemu, ktory bardzo utrudnia realne wzięcie się za siebie i jakąś zmianę, u ogromnej ilosci twórców wystepują podobne do siebie zestawy konkretnych, dysfunkcyjnych wzorców, a ich częstotliwość (z pewnoscia sporo z nich możecie znać nawet z filmów o artystach) sugeruje, że jest to w jakiś sposób związane z rolą artysty – od pewnych prototypow, które sami stworzyli w ciągu życia , przez różne zwyczaje w środowisku, pewne czarne dziury pomijane w ich edukacji, aż po coś, co można nazwać archetypem artysty. Pewną odpowiedzią może być też genetyka – zbadano, że artysci znacznie częściej wywodzą się z rodzin, w których występowały choroby psychiczne (nie wiadomo na razie jaka jest przyczyna tego zjawiska).

Bardzo istotnym problemem jest to, że artysta jest narażony na intensywną, ciagłą krytykę. Nawet jeśli się ona w końcu nie pojawi, to ciągle jest taka mozliwość i wielu artystów się tego obawia. Z uwagi na to, że sztukę ciężko jest traktować jak naprawianie samochodu, który albo ewidentnie działa, albo nie – ciężko jest się przed taką krytyką zabezpieczyć i mieć pewność, że zrobiło się coś porządnie. Jednocześnie ogromne przywiązanie do własnych dzieł, traktowanie ich bardzo osobiście, jako wytwór własnej duszy, stawia artystę pod ogromną presją, gdyż w każdej chwili, bez ostrzeżenia, mogą zostać skrytykowani (zarówno przez autorytety jak i przez zwyczajnych ludzi) za swoje najbardziej wrażliwe punkty. Taki rodzaj presji, zwiększony przy niestabilnym poczuciu wartości (“jestem taki jak moje dzieło”), jest trudny nawet dla osób zawodowo zajmujących się psychologia lub bedących pod stałą opieką specjalistów, a co dopiero dla artystów nie mających często ani żadnej wiedzy o psychologii, ani motywacji, by ją zgłębić.

Nic więc dziwnego,że ciężko jest błyskawicznie zmienić się w sprzedawcę i marketingowca własnej sztuki – trochę utrudnia to poczucie, że sprzedaje się siebie, a jednocześnie coś, co może bardzo łatwo zostać skrytykowane – więc dla wielu łatwiej pozostać w cieniu. Do tego dochodzi brak naturalnych umiejętności sprzedażowych u większości artystów, a czasem też roszczeniowe podejście – wielu twórców uważa, że ich sztuka mówi sama za siebie i nie ich zadaniem jest umieć ją odpowiednio zaprezentować – a to powoduje, że nawet dobre, stworzone już dzieła, mogą wcale nie sprzedawać się tak łatwo.

Wielu twórców ma więc problemy z pieniędzmi i wszystkim, co się z nimi wiąże. Wielu z nich nawet się tym szczyci – posiadanie zbyt wielu może oznaczać, że się sprzedało lub tworzy się masówkę o mizernej wartości artystycznej. Do tego bytujący w świecie idei i pomysłów artyści nie najlepiej radzą sobie z konkretnymi, operacyjnymi pytaniami i procedurami, z jakimi trzeba się nieraz bliżej poznać, by przekuwać swoje dzieła w projekty i produkty (wciąż ambitne) o potencjale zysku. Sławni artyści mają oczywiście swoich menedżerów, ale do tego jest daleko droga dla studenta ASP lub AT. Uczenie się inteligencji finansowej schodzi u wiekszości na dalszy plan, szczególnie, gdy wciąż funkcjonuje etos biednego artysty z pustą lodówką i nieopłaconymi rachunkami za mieszkanie, który jest za to autentyczny.

Oprócz biedy, w etosie artysty mamy też nieszczęście – niczym barokowi, romantyczni czy dekadenccy przodkowie, artysta powinien być nieszczęśliwy, gdyż to konieczny warunek twórczości. Najlepiej, gdyby buntował się jeszcze wobec całego świata i społeczeństwa, nie przystając na ich warunki (i tu powraca wątek sprzedaży, pieniędzy i pojawia się kilka nowych).

To prawda, że mnóstwo wielkich dzieł (być może nawet większość) powstało pod wpływem cierpienia – śmierci dziecka lub ukochanej osoby, bolesnego rozstania, choroby, wojny, emigracji, czy egzystencjalnego kryzysu, a nawet kaca i myśli samobójczych. Pytanie jednak, czy nie dlatego, że ten stan bardziej motywuje do tworzenia i wchodzenia głęboko w siebie niż radosny nastrój, gdyż chce się nadać cierpieniu jakiś sens. I co najważniejsze: z faktu, że ktoś jest ciagle smutny i buntuje się wobec świata, nie wynika od razu, że stworzy wielkie dzieło. Najczęstszy skutek to po prostu strata motywacji do pracy, tudzież stoczenie się w dół w jeszcze większą destrukcję.

Destrukcyjne zapędy u artystów nie należą bowiem do rzadkości – wielu z nich nadużywa różnego rodzaju substancji, czasem dla wspomagania procesu twórczego, czasem dla odpowiedniego lifestylu, a czasem, by zagłuszyć swój ból. Mają wtedy poczucie, że niebezpieczeństwa związane z uzależnieniem lub przedawkowaniem ich nie dotyczą, bedąc zarezerwowane dla zwyczajnych ludzi. Często tworzą destrukcyjne relacje, dominując i wykorzystując partnera, lub też znajdują osobę, która żeruje na nich. Czasem też, szczególnie gdy druga strona też jest artystą, tworzą “gorący związek”, który bywa faktycznie pełen namiętności, ale jest pełen kłótni, rozstań, zdrad, czasem przemocy, na tyle, że nie tylko nie jest dla nich wsparciem w trudnych chwilach, ale komplikuje i tak nienajłatwiejszy los artysty. Naraża ich to jeszcze mocniej na najbardziej destrukcyjne zachowania, takie jak samookaleczanie, ryzykowne zabawy ocierające się o śmierć czy próby samobójcze.

Osobnym tematem jest balansowanie na granicy szaleństwa, które uprawiała spora część znanych artystów, traktując je jako konieczny warunek prawdziwej sztuki. Nawet przyjmując, że jest to jakaś metoda na wejście głębiej w proces twórczy, to – niczym przy ceremoniach szamańskich – potrzebna jest przy tym jakaś metodologia i ramy, by nie stracić nad tym eksperymentem kontroli. Praca na odmiennych stanach świadomości wymaga szczególnej uwagi. Jednocześnie warto pamietać, że rolą artysty jest komunikacja świata twórczego na język sztuki, do czego wymagany jest kontakt z rzeczywistością, a nie ciągłe przebywanie w świecie wizji. Nie mówiąc już o wspomnianych wcześniej kwestiach, takich jak wiedza komu i w jaki sposób te dzieła zaprezentować. Bez tej wiedzy van Gogh sprzedał zaledwie jeden obraz, mimo niewątpliwego talentu.

Warto pamiętać, że nawet Ci artyści, którzy nie mają zamiaru poruszać się w świecie szaleńców, bardzo często są niesamowicie wrażliwymi ludźmi. Wielu z nich przeżywa na codzień wiele konfliktów i emocji, a swoja sztuka robią sobie jakiś rodzaj arteterapii. Co więcej, w przeciwieństwie do wielu innych osób, nie mogą po prostu stłumić tych uczuć i założyć na stałe maski, gdyż to odcięłoby ich od potrzebnej do tworzenia energii. Są więc bardzo podatni na wszystkie pojawiające się perturbacje, a każda kolejna porażka pozbawia ich kolejnej dawki motywacji.
Po jakimś czasie tracą już nadzieję na to, że ich los się odmieni i łapią się pozbawionych specjalnej ambicji zajęć jak montowanie wesel czy śpiewanie do kotleta, obwiniając za to cały świat.

Z uwagi na brak odpowiednich strategii, a także przez osobowość i przekonania na to podatne, mnóstwo artystów żyje w bałaganie i chaosie. Mamy tu na myśli zarówno mieszkanie pełne śmieci, notatek i różnych niedokończonych dzieł, jak również chaos twórczy i mnóstwo zaczętych naraz projektów, których później się nie kończy. Wbrew obiegowej opinii, najczęściej również nie wspomaga to tworzenia, tylko tworzy dodatkową presję i wrażenie nieskończonej ilości rzeczy do zrobienia, po której odechciewa się wszystkiego, a już na pewno szlifowania kolejnego utworu.

Oczywiście, są to rzeczy, które się często zdarzają, ale nie znaczy to, że każdy artysta przejawia wszystkie z nich. Wiele może wpadać w kilka pułapek, a inne są dla nich zupełnie obce, jednak niektórzy mogą zaliczyć całą kombinację. Nawet jeden z tych problemów może być na tyle silny, że zaburzy całą karierę artysty, który nie będzie wiedział, co z tym zrobić. Szczególnie, gdy trzeba zarzadzić naraz wieloma rolami – twórcy, własnego menedżera, krytyka, księgowego i sprzedawcy.

Psychologia transpersonalna wydaje mi się najlepszą dziedziną do integracji rzeczywistości artystycznej z codziennym życiem, gdyż od czasów swojego powstania skupia się na integracji stanów odmiennych z twardą rzeczywistościa, rozumiejąc jak ciężko jest czasami je pogodzić i jak ważna jest potrzeba, by doświadczać innego wymiaru. Wielokrotnie zarówno artyści, jak ludzie przywiazani do innych odmiennych stanów (mistycy lub ocaleli z wypadków) zrazili się do tradycyjnych form psychologii, które zbyt mocny nacisk kładły na “powrót do realności”.

Część z artystów mogłaby bardzo przyspieszyć, gdyby dostała w swoje ręce proste, coachingowe narzędzia. Część na pewno musiałaby popracować nad sobą dłużej i głębiej, by móc zmienić swoje głębokie przyzwyczajenia trzymane od dzieciństwa. Jednak najważniejsze jest to, że jest to generalnie możliwe przy odpowiedniej motywacji i znalezieniu dobrych narzędzi. Połączenie psychologii i sztuki odbieramy jako nieuchronne, wcześniej czy później. Jednocześnie jest to dla nas bezcenne, gdyż nie da się przeliczyć, ile jest warte to, by którykolwiek z wielkich artystów żył dłużej, lub by wielu twórców zamiast męczyć sie miesiącami stworzyło wielkie dzieło szybciej, albo sprzedało je jeszcze za swojego życia.

SmartLove

Jeśli sądzisz, że powodzenie w związku zależy tylko od przeznaczenia, partnerzy są po prostu albo dopasowani albo nie, a wszystko co robią dla siebie musi wynikać ze spontanicznych impulsów – to szkolenie z pewnością Cię nie zainteresuje.

Dowiedz się więcej
X

Dowiedz się jak zbudować udany związek

Pobierz trzy darmowe video.

Nie, dzięki.