Co może mieć wspólnego survival z rozwojem osobistym?


Przeważnie survivalowe wyjazdy i warsztaty rozwoju osobistego uważane są za dwa różne, niezbyt pasujące do siebie wydarzenia. Jakiś czas temu postanowiłem zrobić eksperyment i spróbować to połączyć. Eksperyment powiódł się na tyle, że już na wiosnę mam w planie kontynuację cyklu takich warsztatów, a wielu uczestników zapowiedziało od razu swój powrót.

Jedną z przyczyn tego pomysłu był fakt, że mam już nieco dość tradycyjnego teoretyzowania w sali szkoleniowej. Oczywiście ma to nieraz świetne skutki i nadal będę z tego sposobu korzystał, jednak w takich sztucznych, bezproblemowych najczesciej warunkach ciężej jest doswiadczyć realnych wyzwań (nie mówię o wspominaniu dzieciństwa lub odtwarzania problemów w związku), emocji z tym związanych oraz zawiłości poziomu interpersonalnego, podczas którego można na bieżąco dawać sobie feedback.

Drugą było to, że, jak na tradycyjnie wychowanego chłopaka przystało, od dziecka fascynowałem się tego rodzaju przygodami, doświadczeniami i umiejętnościami. Mimo iż z wielu rzeczy wyrosłem i od lat nie traktuję przygód Rambo jako realnego obrazu wojny w Wietnamie, to dalej ciekawiło mnie zarówno to, jak to jest rozbić obóz w lesie i spędzić w nim noc, jak również chciałem zaprosić innych do intensywnej przygody i potraktowania jej jako materiału do rozwoju, również psychologicznego.

Długo powstrzymywało mnie przed zrobieniem tego warsztatu poczucie, że nie mam odpowiednich “twardych umiejętności” by go poprowadzić. Dopiero niedawno zrozumiałem, że nie muszę przecież “twardej” części robić osobiście, jednocześnie synchronicznie dostając dobry kontakt do osoby, która się na tym świetnie zna – byłego funkcjonariusza BOR, odznaczonego na misjach w Iraku i Afganistanie, który od lat zarówno hobbystycznie, jak i ucząc innych zajmuje się survivalem.

Na początku warsztatu, oprócz oficjalnego otwarcia, badaliśmy swoje oczekiwania, jak również cechy osobowości i naszą historię, które skłoniły nas do przyjścia w to miejsce. Poźniej sprawdzaliśmy obawy i trudne emocje, które przed tym doświadczeniem mamy, (ponieważ nikt praktycznie nie wiedział jak to będzie wyglądać, był to swoisty test Rorschacha) a następnie każda z osób formułowała swój osobisty cel na ten warsztat. Wszystko to miało sprawić, by oprocz nauki kilku praktycznych umiejętności i niewątpliwej przygody, potraktować to jako pretekst do głębokiej wewnętrznej podróży jak również zbadania swoich interpersonalnych nawyków.

Później wysłuchaliśmy wykładu o psychologii przetrwania, gdzie dowiedzieliśmy się o najważniejszych zasadach w trudnej sytuacji oraz najczęstszych popełnianych błędach, jak brak odpowiednich priorytetów lub podejmowanie zbędnego ryzyka. A potem już rozpoczęła się część główna w terenie – piękne doświadczenie przebywania w dzikiej przyrodzie i próba stworzenia sobie tam jak najbardziej komfortowych warunków, przy jednoczesnej obserwacji własnej psyche.

Oczywiście nie jestem w stanie opisać tu wszystkich procesów wszystkich uczestników, ponieważ nieraz znacząco się różniły. Opiszę więc te, które uznałem za bardziej interesujące oraz te, które powtarzały się często. Wiele z tych wniosków może nie wydawać niczym odkrywczym na poziomie mentalnym. Zupełnie czym innym jest jednak doświadczenie tego w praktyce poprzez zaobserwowanie pewnych swoich tendencji i możliwość ich zmiany uwagi na tworzone przez nie konsekwencji. Mnóstwo ludzkich problemów jest teoretycznie bardzo prosta do rozwiązania – takie prawdy życiowe jak to, że nie warto za dużo od siebie wymagać, za to warto robić szczegółowy biznesplan przed założeniem firmy lub warto dbać o zdrowie nie są niczym niczym nowym. Jednocześnie sporo osób opowiada o olśnieniu, gdy zrozumieli to na własnym przykładzie i dopiero wtedy zaczęli stosować.

Jednym z najbardziej interesujących doświadczeń, które powtórzyło się praktycznie u wszystkich, było opadnięcie mniejszej lub większej części iluzji jakie posiadali w kwestii życia w trudnych warunkach. Okazało się, że z jednej strony nie ma co skupiać się na bardzo specjalistycznym, drogim sprzęcie – który najczęściej wcale nie jest potrzebny, a nieraz bywa na tyle ciężki że utrudnia poruszanie się, a z drugiej samotne wyskoczenie nago do lasu w stylu Beara Gryllsa jest pozbawione zdrowego rozsądku. Same filmy z przygodami Gryllsa mają bowiem tyle wspólnego z polskim survivalem co filmy porno z seksem uprawianym przez przeciętnego człowieka.

Prowadzący komandos dopasowywał wyzwania do początkującego poziomu uczestników. I mimo iż byli zaskoczeni, że część drogi przebyli samochodem (zamiast wyobrażonego wyczerpującego marszu), ogień rozpalili w dość nowoczesny sposób (zamiast indiańskiego pocierania kijkami), w sklepie mogli kupić nieco normalnego prowiantu (zamiast jedzenia jedynie mchu czy polowania gołymi rękoma na sarny), a do rąbania drzewa mogli używać siekiery i maczety (zamiast sam nie wiem czego), na koniec zgodnie przyznali, że i tak było dość wyzwań, a praca bez tych udogodnień byłaby koszmarem. Postawienie obozowiska przed zmierzchem (ktory zaskoczył nas jak drogowców zima) byłoby w takim układzie zupełnie niemożliwe. Kilka z tych umiejętności (jak rozpalanie ognisk, filtrowanie wody, robienie zupy z pokrzyw) ćwiczyliśmy dopiero następnego dnia, zgodnie z zasadą celowego treningu izolując każdą umiejętność, bez żadnej presji – bo obóz już stał, a ogień palił się w najlepsze.

Wiele romantycznych koncepcji zostało zburzonych. Wbrew fantazjom niektórych upolowanie zwierzęcia bez broni palnej byłoby niemożliwe (pomijam oczywiście fakt nielegalności), choćby z powodu faktu, że wszystkie unikały głośno zachowujących się ludzi. Zresztą upolowanie to dopiero początek przygotowania posiłku, a oprawienie zwierzyny tak, by nadawała się do spożycia przekracza możliwości niedoświadczonej osoby. Rąbanie pniaków na opał było bardziej wyczerpujące niż ktokolwiek się spodziewał, a ścięcie drzewa (obumarłego, dodam śpiesznie od razu) to dla jednej osoby na tyle ekstremalna i długa praca, że bez większego namysłu przechodzliśmy do działania zespołowego.

Pokora i świadomość własnych ograniczeń jest jedną z rzeczy, którą z pewnością każdy wyniósł z warsztatu.

Pomijam fakt, że w Polsce tak naprawdę nie ma potrzeby realnego, ekstremalnego survivalu. Jesteśmy na tyle małym i zamieszkałym krajem, bez nieludzkich, arktycznych lub pustynnych warunków – że wystarczy iść przed siebie i w ciągu niedługiego czasu trafi się na ludzką osadę. Wszelkie sposoby uzyskiwania wody z odchodów renifera czy z soku z
drzewa lub polowania własnoręcznie wystruganą dzidą mogą bardziej zaszkodzić niż pomóc w takiej sytuacji.

Inną rzeczą, która pojawiała się niemal u każdego było wielkie docenienie naszych cywilizacyjnych zdobyczy – i nie chodziło tu o telefony, którymi robiliśmy sobie nieraz pamiątkowe zdjęcia, lecz niewiele poprawiały nasz komfort życia. Jedną z najbardziej pożądanych rzeczy okazało się światło – październikowa noc w lesie trwa około 12 godzin i nawet z latarkami było to dość uciążliwe. To czemu łacińskie określenie światała “lux” było podstawą słowa “luksus” stało się jasne. Inna rzecz, wcale nie taka oczywista – to bieżąca woda, bez której ciężko było coś tak naprawdę do końca domyć. Kolejne elementy to schronienie przed wiatrem, deszczem i brudem. Niewygoda spania na ziemi wśród robaków, brak toalet i wygodnej kanapy również dawały się we znaki. Większość uczestników z radością powitało powrót do cywilizacji, a niektórzy przysięgali, że bardziej docenią takie uciążliwe i prozaiczne czynności jak pranie, zmywanie, chowanie ubrań do szafy czy pakowanie zakupów do lodówki.

Rzeczą, która rzuciła się w oczy tym, którzy przejawiają sporo prokrastynacji i przekładają w życiu codziennym mnóstwo spraw na później, był fakt, że w tak surowym środowisku wszystkie konsekwencje pojawiały się szybciej, bardziej dotkliwie i nie zawsze była szansa naprawić swój błąd. Normalnie możemy nie czuć potrzeby szybkiego zrobienia prania (w końcu szafa jest pełna innych ubrań), kupowania jedzenia (w lodówce coś tam jeszcze jest) czy odkładania rzeczy na miejsce (co za różnica gdzie leżą).

Tutaj jest inaczej. Zamoczony przez nieuwagę czy zaniedbanie śpiwór po prostu nie nadawał się do użytku, a to oznaczało duże kłopoty, znacznie większe niż gdy zabrudzi się prześcieradło w domu. To samo z zamoczonymi skarpetkami. Opóźnienie w dorzuceniu do ognia mogło go zgasić i spowodować dużo większe konsekwencje później. Nieodkładanie rzeczy na miejsce od razu tworzyło ogromny chaos utrudniający kolejne czynności. Drobne błędy w budowie szałasu, które się zignorowało, sprawiały, że się zawalał. Nie zabranie ze sobą niezbędnych akcesoriów np bandaża lub latarki (wspomniałem jak ważne jest światło?) było nienaprawialnym błędem – w środku lasu nie bardzo dało się je dokupić.

Widoczne było jak cywilizacja stworzyła nam tak komfortowe warunki, że można w niej przekładać rzeczy na później bez większych konsekwencji, lub z konsekwencjami które przychodzą z takim opóźnieniem, że nie jest to specjalnie uczące. Surowe warunki zmuszały za to do mądrego działania, bez żadnych odlotów i fantazji, że jakoś to będzie. Wiele osób mówiło wprost, że w środowisku rozwoju osobistego, nierzadko przeteoretyzowanym i pełnym życzeniowego myślenia, każdy powinien takie doświadczenie przeżyć, by po prostu dojrzeć i zmądrzeć.

Jedną z trudniejszych dla kilku uczestników sytuacji był deszcz, który zaczął znienacka padać nad ranem, co groziło zgaśnięciem ogniska oraz sprawiało, że strugi wody lały się na głowę tym, którzy wybrali spanie pod gołym niebem. Różne były na to reakcje – jedni schowali się głębiej pod śpiworem, inni modlili się, żeby samo przeszło, inni czekali aż ktoś coś zrobi, a jeszcze inni wzięli sprawę w swoje ręce i szybko stworzyli osłonę. Było to oczywiście później materiałem do analizy takich reakcji.

Kolejnym aspektem była rezygnacja z pewnych wyuczonych sposobów dodawania sobie poczucia męskości na rzecz skuteczności. Sam prowadzący, po udziale w wojnach i wielu niebezpiecznych akcjach, nie miał za bardzo potrzeby udowadniania swojej siły. Z przymrużeniem oka patrzył na podniecających się maczetami, chodzących wszędzie z nożami i upierających się, by ściąć samotnie drzewo siekierą, zamiast skorzystać z tego, które już leży. Kilku uczestników uświadomiło sobie przesadną fascynację wojennymi atrybutami i budowanie tym obrazu siebie, kiedy najlepsze rozwiązania są często o wiele prostsze i mniej efektowne. Niezależnie od tego, była to archetypowa męska przygoda i można było to wyczuć w powietrzu.

Pojawiało się oczywiście jeszcze sporo innych procesów, już dużo bardziej indywidualnych. Jedni czuli presję, podobną do codziennego życia, by robić pewne zadania najlepiej ze wszystkich. Inni, którzy nie lubią sytuacji totalnie poza swoją kontrolą, obawiali się możliwego ataku ze strony dzikich zwierząt, mimo iż szansa na spotkanie i atak niedźwiedzia lub stada wilków była wielokrotnie mniejsza niż możliwość wypadku samochodowego podczas powrotu do domu. Innych znacznie bardziej niż do grupowego procesu ciągnęło do samotnych wycieczek w las. Jeszcze inni zwracali uwagę, że proces “szybkie działanie-nagroda od razu” jaki tu często występował az się prosi o wprowadzenia w życie codzienne, zamiast wielogodzinnej pracy i wielogodzinnego obijania się.

Najdrobniejsze wydarzenia prowadziły do rozumienia zasad, jakie są istotne w życiu, jak również wglądów w siebie. Przypominało to procesowe metody (takie jak oddychanie holotropowe lub psychoterapia Lowenowska), które są bardzo intensywne, na każdego działają inaczej i u każdego wydobywają inne, ciekawe rzeczy, a skutkiem ubocznym jest potężna integracja uczestników.

Procesy interpersonalne stanowiły również istotną część warsztatu. Z jednej strony widać było, że daleko teamowi do zgrania i organizacji jaka występuje podczas bojowej akcji lub wspinaczki w Himalajach. Z drugiej, w środowisku gdzie konsekwencje występowały od razu, działanie zespołowe było nie tylko koniecznością, lecz również sporą przyjemnością i niejedna osoba wspominała, że inspirowało ją to do unowocześnienia współpracy z ludźmi w codziennym życiu – w biznesie, związku lub rodzinie.

Sytuacja obfitowała w tak wiele kontekstów, że można było obserwować i dawać sobie feedback a propos sposobów wychodzenia z konfliktów, współpracy, wpływania na innych kiedy np. na sam koniec trzeba było ćwiczyć wspólne budowanie szałasów. Później, już w sali szkoleniowej badaliśmy relacyjne aspekty siedząc w kółku i omawiając zarówno trudniejsze sytuacje, jak i ogólną atmosferę.

Podsumowując, zarówno dla mnie jak i uczestników było to niesamowite doświadczenie. Połączenie psychologii i survivalu okazało się strzałem w dziesiątkę. Z pewnością będziemy je powtarzać – urzeczony jesiennym lasem planuję doświadczyć również wiosennego, letniego oraz zimowego i robić takie warsztaty w każdej porze roku.

SmartLove

Jeśli sądzisz, że powodzenie w związku zależy tylko od przeznaczenia, partnerzy są po prostu albo dopasowani albo nie, a wszystko co robią dla siebie musi wynikać ze spontanicznych impulsów – to szkolenie z pewnością Cię nie zainteresuje.

Dowiedz się więcej
X

Dowiedz się jak zbudować udany związek

Pobierz trzy darmowe video.

Nie, dzięki.