Wielkie pułapki rozwoju osobistego – cz. 1 – “Pozytywne myślenie”


Na samym wstępie tego artykułu zacznę od wyjaśnienia, co rozumiem przez „pozytywne myślenie” i ruchy z nim mniej lub bardziej powiązane.

Żeby było od początku jasne, nie jestem zwolennikiem „negatywnego myślenia”. Gdy pojawia się problem, to zamiast się załamywać od razu myślę o rozwiązaniu. Kiedy myślę o swojej przyszłości, widzę ją w zdecydowanie jasnych barwach i myślę, że naprawdę wiele jest możliwe. Kiedy analizuję rzeczy z przeszłości, to oprócz błędów bardziej zwracam uwagę na to, czego się nauczyłem. Większość znajomych uznaje mnie za optymistę – wielu, pomijając moje coachingowe zaplecze, zwraca się do mnie gdy ma gorszy humor, by go poprawić. Uważam że można kochać swoją pracę i dogadywać się z partnerką, nawet gdy jest innej płci. Uważam, że można wychować dziecko nie bijąc go ani razu. I że można w Polsce zarabiać godziwe pieniądze nie będąc politykiem, gangsterem albo synem właściciela stacji benzynowej. Słowem – sporo osób uznałoby mnie za sztandarowy przykład pozytywnego myślenia.

Gdy mówię o „pozytywnym myśleniu” w tym artykule, mówię o czymś, co tak naprawdę zdrowym, pozytywnym myśleniem w mojej definicji NIE JEST (rozwinę to w trakcie tekstu), lecz co opiera się na połączeniu wielu dziwnych mechanizmów obronnych i dziecięcych sposobów myślenia, które, co ciekawe, w wielu sytuacjach mogą dobrze działać (zwłaszcza jeśli zastępują jeszcze bardziej dziecinny mechanizm), ale jednak w większości prędzej czy później prowadzą do kłopotów. Co ciekawe, te schematy występują często w tak podobnych zestawach, w tak podobnych środowiskach, ze najwidoczniej w jakiś sposób łączą się ze sobą i zasługują na wspólne omówienie. Zresztą nie tylko w Polsce – takie same schematy pojawiły się w krajach zachodnich, gdzie rozwój pojawił się o wiele szybciej – szczególnie w USA.

Na początku może zacznę od tego, co jest w „PM” dobre i co może w nim zadziałać. Najpierw konkretnie: chociażby nauka języków może być dużo szybsza niż w szkole i o tym się przekonało sporo „pozytywnie myślących”. Podobnie z biznesem – często nie trzeba przechodzić długiej ścieżki kariery i wieloletnich studiów, tylko za pomocą kreatywnego pomysłu i umiejętnego wcielenia się w życie można dorobić się dużo szybciej, często nawet pracując mało a przynajmniej pracując w branży, którą się lubi. Z pewnością pozbywając się nieadekwatnych wymówek można łatwiej podejść do obcej osoby (najczęściej podobającej się kobiety) lub wystąpić na scenie, co bardzo często zwiększa też jakość takiej interakcji. Na pewno też wszelkie zbyteczne zamartwianie czy zbytnie uwięzienie zasadami społecznymi jest szybko ucięte przez „PM”. Również mnóstwo negatywnych samospełniających się przepowiedni („nic mi się nie uda”, „ludzie zawsze mnie odrzucą”). Ruch ten pomaga odzyskać odpowiedzialność osobom sądzącym, że winni są wszyscy inni – rząd, rodzina, żona lub głupi szef. Często pomaga też w szybkich kryzysach, gdy nie ma czasu na głęboką pracę ze sobą (np. zaraz wychodzisz na scenę i czujesz stres) lub gdy osoba nie jest na nią zupełnie gotowa – nie chce na ten moment zaglądać w siebie i pracować ze swoimi wadami. W kontekście biznesowym – kiedy ktoś miał słaby marketing i nie umiał do tej pory się promować.

Jeśli chodzi o cechy osobowości – to zauważyłem że bardzo często „PM” komponuje się dobrze z łagodnymi cechami depresyjnymi (ktoś przestaje bezsensownie pogrążać się w czarnym widzeniu świata i zaczyna widziec pozytywy), masochistycznymi (przestaje konstruować scenariusze, które muszą skończyć się porażką i po prostu zaczyna o siebie dbać) i zależnymi (przestaje sądzić, że nie da sobie rady bez kogoś i rozumie, że jest w stanie działać samodzielnie)
Krótko mówiąc – moim zdaniem „PM” działa wtedy, kiedy ktoś ma o wyższe kompetencje lub możliwości niż przekonanie o nich, lub gdy nie jest w stanie zintegrować całego problemu i potrzebuje wytworzyć na początek mechanizmy obronne. Ewentualnie w sytuacjach, gdy sukces zależy w dużej mierze od prostej autosugestii.

Sam jestem właśnie takim przypadkiem – gdy trafiałem do rozwoju byłem w ciężkim kryzysie, problemów ze sobą miałem co niemiara, a dodatkowo uważałem, że dzięki temu jestem kimś lepszym i głębszym. Miałem za sobą 2 nieudane epizody terapeutyczne (oba przerwałem, gdyż nie widziałem efektów) i myśl o kolejnych rozmowach o mojej nieakceptacji siebie i trudnościach egzystencji odstraszała mnie od próbowania.

Wtedy, poprzez NLP i hipnozę (które nie muszą się wiązać z „PM” ale często się wiążą) wszedłem w świat „PM” i bardzo szybko nakręciłem się do działania na tyle, by tamte problemy odeszły daleko. Wkrótce jednak zatrzymałem się w rozwoju, z uwagi na mnóstwo trudności, jakie wiąże ze sobą „PM”. Ponieważ miałem trochę szczęścia, trochę introspekcji i chęci prawdziwej zmiany i spotkałem trochę mądrych ludzi, udało mi się przejść ten zastój i etap „PM” zostawić daleko za sobą jako interesującą ciekawostkę młodości. Ponieważ jednak widzę, jak z roku na rok nie maleje liczba osób wchodząca w ten światek, pomyślałem, że zostawię po sobie jakiś drogowskaz na ścieżce. Kto będzie miał ochotę, może z niego skorzystać.

Jakie więc są zagrożenia „pozytywnego myslenia”?

1. Pierwsze, które rzuca mi się w oczy – to nagminne WYPIERANIE, TŁUMIENIE I NIEDOCENIANIE WŁASNYCH UCZUĆ.

W krainie, w której wszystko ma być pozytywne i optymistyczne nie ma miejsce na zwyczajny, ludzki gorszy nastrój, problem. To nie znaczy, że nie ma na nie miejsca w człowieku – naszej natury nie da się tak łatwo zmienić. Znaczy to tylko, że taka osoba zaczyna usuwać ze świadomości wszystko, co nie jest fajne – a te rzeczy kumulują się – zarówno w podświadomości, jak i świecie zewnętrznym (zwłaszcza jeśli rodzina i znajomi nie mają podobnego filtru).
Na szczególne niebezpieczeństwo narażeni są paradoksalnie trenerzy i aspiranci na nich, ponieważ w „pozytywnym świecie” trener musi być zupełnym ideałem. Wtedy takie osoby albo wchodzą w szeregi racjonalizacji (pracownicy, którzy postanowili odejść po prostu „nie nadążyli za trenerem”), często razem z duchowymi („to co się wydarzyło było potrzebne), albo usunięcia (włącznie z niepamiętaniem) wszelkich negatywnych emocji.

Dochodzi do tego, że jako wzory postępowania przedstawiani są ludzie, którzy nie reagują emocjonalnie na śmierć żony i są w stanie następnego dnia normalnie prowadzić szkolenie. Nawet gdyby faktycznie istniały osoby, które mają tak fantastyczne panowanie nad własną psychiką, to z pewnością próba naśladowania tego przez początkującego nastolatka skończy się albo bolesnym rozczarowaniem albo wielkim samooszukiwaniem.

Oczywiście, jeśli pamiętamy o tym, że uczucia (zarówno pozytywne jak i negatywne) zawsze niosą jakąś informację dla nas – to taki styl życia jest zamykaniem się na bardzo duże źródła informacji. Skutkuje to rozpadami związku, firmy, robieniem rzeczy nieautentycznych (ponieważ ciężko jest czuć autentyczność na wyparciu), brakiem rozwoju w najbardziej potrzebujących tego obszarach (bo przecież wszystko jest super).
„PM” jest tutaj dla wielu ludzi furtką do ucieczki przed nieprzyjemnymi doznaniami. I o ile, owszem, zgodzę się, że czasem może to być nawet pomocne – to jednak w ogromnej ilości przypadków to tylko odroczenie spłaty emocjonalnego długu, i to z dużymi odsetkami.

Trenerzy z kolei kończą nieraz z dużymi zaburzeniami – od maniakalno-depresyjnego (i to paradoksalnie u trenera który głosił, że ma syndrom maniakalno-maniakalny!), kiedy mniej więcej raz na pół roku wypierane emocje dobijają trenera i sprawiają ze na pól roku znika, czy też wzmocnieniem cech narcystycznych, poprzez ciągłe niedopuszczanie do siebie negatywnych sygnałów. Na poziomie fizycznym przejawia się to w postaci cenzury, którą co ciekawe wielu trenerów „PM” stosuje w formie, której nie powstydziłby się totalitarny rząd.

Dlaczego “PM” nie ma tutaj racji? Otóż po prostu pewnego poziomu negatywnych uczuć nie da się oszukać.

2. UPRASZCZANIE PSYCHIKI

Skoro wypiera się uczucia u siebie i ich nie rozumie, to niestety to samo jest robione u innych. Dlatego trenerzy, a wraz z nimi ich uczniowie, we wszystkich ludzkich problemach dopatrują się banalnych przyczyn. Przyczyną jąkania na tle nerwowym jest tylko problem z oddychaniem, przyczyną poddenerowania jest to, że ktoś za szybko chodzi, przyczyną kryzysu w związku, że za mało dają sobie prezentów, przyczyną problemów finansowych brak pasji w życiu – a generalnie corem (rdzeniem) wszystkich problemów jest to, że ludzie za mało pozytywnie myślą.

Jeden z trenerów głosił z kolei, że on jest w stanie każdy problem na świecie rozwiązać jedną z dwóch używanych przez niego technik, i że jakichkolwiek innych on nawet nie ma czasu się uczyć. Inny mówił, że po jego tygodniowym szkoleniu uczestnicy mają rozwiązane wszystkie problemy, a po kolejnym stopniu – sami umieją rozwiązywać wszystkie problem. Gdy nie wszyscy uczestnicy czuli, że to potrafią, bali się ujawniać, sądząc, że tylko oni są tacy zacofani. (Jeszcze o tym wspomnę, ale podejrzanie często z pozytywnym myśleniem kontrastuje fakt, że trenerzy „PM” zachowują się jak surowi rodzice)

„PM” łączy się też często z duchowością i ezoteryką. Przy połączeniu z ezoteryką często jedynym problemem jest podłączenie do złej energii lub zamknięcie czakry (która otwiera się 3 minutową medytacją). Albo pozbyciem się całej swojej karmy w 10 minutowym rytuale (na co zapewne znawcom buddyzmu i hinduizmu pojawia się w głowie wielkie „COOO?”)
Nawet gdy czasem dotknięty jest głębszy problem (np. nadmierne oczekiwania w stosunku do samego siebie), podawany on bywa w takim tonie, jakby zmiana tego trwała 5 sekund – po prostu zaakceptuj siebie, wybacz ojcu alkoholikowi, zmień submodalności gwałtu, przestań przejmować się przeszłością.

Dość często występuje tu drwienie z konwencjonalnej terapii i przekazywaniem jej jako zupełnie nieskutecznego, wieloletniego grzebania w dzieciństwie. Wychodzi tutaj zupełnie niedouczenie ich w temacie – po pierwsze psychoanaliza, o której zapewne się wypowiadają, jest obecnie bardzo mało popularna i stanowi minimalny procent współczesnych terapii, po drugie sami mnóstwo korzystają z technik terapii behawioralnej. Rozwiązywanie problemów jest rzekomo tak proste, że każdy trener się na niej zna bez większego problemu, a ludzie bezkrytycznie przyjmują, że jeśli ktoś jest świetnym showmanem to na pewno jest też dobrym terapeutą. Owszem, żeby było jasne – niektórzy są i te rzeczy się nie wykluczają, ale zbyt wielu trenerów nie ma nawet podstaw dobrego coachingowego warsztatu (bo tam jest istotne zadawanie pytań i słuchanie klienta.)

Oczywiście to wszystko „działa”, ponieważ klienci mają taką właśnie potrzebę – chcieliby się zmieniać w 1 dzień, najlepiej do tego nic nie robiąc (i tak tez były niektóre szkolenia reklamowane – po prostu usiądź sobie wygodnie, a trener przez tydzień będzie opowiadał historyjki, które zmienią cię na nieświadomym poziomie)

Gdy jest robione demo na scenie, doświadczony showman wie, jak je przeprowadzić, by klient wyszedł naładowany entuzjazmem – po pierwsze jest nim zalany przez trenera, po drugie odpowiednio warunkowany, po trzecie jest urwanie demo w odpowiednim momencie, a uczestnicy wcale nie tak często śledzą zachowanie uczestnika po szkoleniu. Byłem kiedyś na szkoleniu, na którym trener tak zjechał uczestnika… za nieśmiałość, że uczestnik wyszedł w przerwie szkolenia i nie wrócił. Mało kto na to zwrócił w ogóle uwagę (na sali było 70 osób), a na prywatne pytanie od jednego uczestnika trener zbył temat, mówiąc że tamten na pewno przemyśli sobie wszystko w domu, a dowodem na to jest autorytet i wiedza trenera. Innym powodem jest to, że często ludzie nie mając wiedzy psychologicznej nie są w stanie ocenić czy demo wyszło czy nie. Na jednym szkoleniu trener otworzył uczestnikowi w trakcie bardzo mocny proces, i o ile uczestnicy obeznani z tematem byli załamani widząc, że trener zostawił go w z otwartym, bardzo intensywnym procesem i skończył szkolenie – o tyle laikom to się podobało – były silne emocje i dużo ciekawych opisów tego, co się dzieje, a sami dośpiewali sobie, że na pewno trener profesjonalnie to skończył.

Podobnie jak ja kiedyś byłem w stanie wysłuchać fragmentu wykładu prawnika, który podobał mi się do momentu, aż w przerwie drugi prawnik określił to jako zestawy bzdur (do dziś nie wiem kto miał rację), a kształceni na uniwersytecie youtuba ludzie wierzą w każdą bajkę jeśli tylko jest tam odwołanie do fizyki kwantowej (nawet jeśli nie znają wzorów z podstawówki z fizyki klasycznej), podobnie osoba z ulicy nie może najczęściej tego, czy dany uczestnik jest uzdrowiony czy nie.

Owszem, w przypadku fobii i bardzo widocznych rzeczy można to stwierdzić. Ale przy wielu sytuacjach nie. Żeby było jasne, nie przeczę, że pewne interwencje różnych trenerów „PM” mają pozytywny efekt. Podejrzewam, że gdyby nic im nie wychodziło, to jednak popularność tego ruchu nie byłaby aż tak duża.

No dobrze, ale co się dzieje, kiedy jest demo na środku i po prostu nie wyjdzie, bo sposób pracy jest zbyt prosty? Niestety, ale wtedy zdarzają się historie od której włos jeżył mi się nieraz na głowie – „klient nie chciał się tak naprawdę zmienić i to jego wina”.

Publiczność zostaje z wiarą w „pozytywne myślenie”, a klient z większym problemem niż wcześniej. Ale w końcu „nie jesteśmy odpowiedzialni za uczucia innych, prawda?” Jeśli klient nie kupował wersji trenera, zdarzało się podburzanie grupy przeciwko niemu, co grupa chętnie robiła – w końcu niedziałający tak jak trzeba uczestnik był zagrożeniem dla ich światopoglądu, dlatego atakowanie go idzie wielu osobom wyjątkowo łatwe.

Czemu rozwiązanie „PM” nie jest tu takie różowe? Otóż po prostu rzeczy czasem są bardziej skomplikowane, czasem bardziej zróżnicowane, czasem wynikają z bardziej niewidocznych powodów, a czasem na ich rozwiązanie potrzeba o wiele więcej czasu. Ponieważ wielu trenerów „PM” nie ma najmniejszych podstaw wiedzy z psychopatologii, nie potrafi odróżnić większych zaburzeń od przejściowych problemów – i stąd problemy, gdy klient nagle nie pasuje do wzorca idealnego, prostego show.

3. MOTYWACJA NA ENTUZJAZMIE, BEZ PATRZENIA NA RYZYKO

Z uwagi na to, że większość technik motywacyjnych stosowanych w „PM” to wywoływanie krótkotrwałego entuzjazmu, a większość rad sprowadza się do bardziej pozytywnego myślenia – jednym z efektów jest podejmowanie decyzji pod wpływem emocji i bez szacowania ryzyka, które, umówmy się, jednak w różnych sytuacjach istnieje.

O ile zgodzę się, że pozytywne nastawienie jest istotne w biznesie, gdyż bez tego można uwikłać się w ciąg samospełniających się przepowiedni, o tyle nie wszystko od tego zależy. Mnóstwo jest bowiem przykładów zbyt lekkomyślnego i „pozytywnego” podejścia do biznesu. Sam pamiętam, jak dwóch uczestników, zainspirowani jednym trenerem, który twierdził, że im wyższa jest cena szkolenia tym więcej osób je kupuje, postanowiło zacząć robić szkolenia i to w cenach jeszcze wyższych od swojego mistrza. Oczywiście nikt się na nie nie zapisywał, co dla nich było sporym problemem, gdyż nie mogli przez to zarobić na spłatę kredytu, który wzięli na szkolenia…

Znam przypadek, gdzie ludzie podążyli za swoją pasją, czując, że reszta przyjdzie sama i otworzyli sklep z akcesoriami motoryzacyjnymi. Ponieważ jednak nie zrobili nawet podstawowego biznesplanu, wnet okazało się, że inwestycja została zrobiona fatalnie i musieli zwinąć interes. Później oczywiście spłacić długi.

Podobne przykłady można znaleźć choćby w historii (Hitler atakując ZSRR myślał raczej zbyt „pozytywnie”), codziennych gazetach (ileż to skaczących na główkę wypadkowiczów myśli zbyt „pozytywnie”, związkach (ile żon alkoholików pozyytywnie wierzyło, że on się zmieni) i zapewne można by było jeszcze długo wymieniać.

Po prostu pewne procesy wymagają oszacowania ryzyka i ewentualnych niepowodzeń, a pozytywne nakręcenie się pod wpływem emocji bardzo często umniejsza zdolność szacowania ryzyka. Gdyby tak nie było, po alkoholu powodującemu z pewnością pozytywne najczęściej nastawienie nie zdarzałoby się tyle wypadków. Tak samo dzieci, które nie wiedzą że żelazko jest gorące nie powinny się parzyć.

Niestety stwierdzenie „myśl pozytywnie” oznacza częściej „nie przyglądaj się temu, co może tu być problematyczne”. I o ile w wielu rzeczach oznacza to popchnięcie do działania, które warto zrobić bez skupiania się na przeszkadzających drobiazgach, o tyle w wielu innych, to właśnie przesadne skupienie na zaletach jest problemem i wypadałoby się przyjrzeć minusom tego planu. I prawidłowa rada polegałaby na znalezieniu złotego środka między skupieniem na plusach i minusach, a nie wiecznym pozytywnym myśleniu – ponieważ nie każdy ma problem w postaci zbytniego przeceniania niebezpieczeństw i niedocenianiu swoich mocnych stron.

Szczególnie korzystają z tego mechanizmu przy tzw platform sellingu, czyli sprzedawaniu produktów przy bardzo ostrym nakręceniu entuzjazmu. Dziwi mnie to, bo kojarzy się z myśleniem, że klient bez haju emocjonalnego mógłby nie chcieć kupić produktu. Czy to pozytywne myślenie o swoim produkcie?

Podobne sprzeczności można często w takim myśleniu znaleźć. Dlaczego nikt nie potrafi po prostu spojrzeć pozytywnie na możliwości i zagrożenia danego projektu, udając że zagrożeń nie ma? Głowę zwiesił niemy…
Podsumowując – czasem warto oszacować ryzyko. Kropka.

4. BRAK SZACUNKU DO „NEGATYWNYCH LUDZI”

Niestety, ale konsekwencją „PM” bywa bardzo często kompletny brak szacunku do uczuć i problemów wielu ludzi – w końcu są oni zbyt negatywnie myśląc (a przez to nawet niebezpieczni – o tym w następnym punkcie). Prawdziwy powód jest moim zdaniem taki, że „negatywni ludzie – wśród których jest sporo przesadnych pesymistów, ale też sporo po prostu realistów – zbyt mocno wskazują „pozytywnym” odjazd od rzeczywistości, stając się po prostu zagrożeniem dla spójności grupy, a przez to jej naturalnym antybohaterem. Ponieważ wyodrębnienie antybohatera i skierowanie na niego negatywnych (nomen omen 🙂 emocji to z kolei świetny sposób integrowania grupy, nie ma się co dziwić, że niektórzy trenerzy celowo podburzają uczestników przeciwko pesymistom i realistom. Oczywiście czasem ma to pewne zastosowanie i gdy ktoś funkcjonuje w destruktywnych i podcinających skrzydła grupach, to większy dystans do ich zdania będzie przydatny.

Ale kasowanie wszystkich znajomych z uwagi na to, że nie myślą aż tak pozytywnie, przeważnie kończy się nieprzyjemnie po około 2 latach – tyle, w przeciwieństwie do alkoholu działającego kilka godzin, działa przeważnie płytkie pozytywne nakręcenie.

Kompletnie niefajnym zjawiskiem było za to atakowanie negatywnych ludzi z problemami zgłaszającymi się po pomoc. Nieraz byłem świadkiem lub słyszałem o przypadkach szydzenia czy obrażania przez trenerów negatywnych uczuć po rozstaniu czy nawet śmierci bliskiej osoby, bo przecież „po co się martwić”. Nazywane jest to często terapią prowokatywną, choć z prawdziwymi terapeutami prowokatywnymi typu Frank Farelly ma to niewiele wspólnego. Widziałem trenerów grożących pobiciem jeśli uczestnik się nie zmieni (było to na tyle mocne że po przerwie obiadowej uczestnik uciekł do domu i nigdy nie wrócił na szkolenia tej firmy), widziałem takich, którzy publicznie wyśmiewali zdradzane w tajemnicy informacje (również uczestnik nie wrócił). Sam na początkach przygody z rozwojem potrafiłem, na szczęście jeszcze nie będąc trenerem i nie pracując z ludźmi, ostro i z wulgaryzmami krytykować koleżankę (która w ogóle nie prosiła mnie o rady) za to, że zbyt długo dochodzi do siebie po tragicznej śmierci swojej siostry i bezsensownie ubiera się na czarno – na swoje usprawiedliwienie mogę powiedzieć tylko tyle, że byłem wtedy młody i początkujący w temacie, więcej tego nie powtarzałem, a z koleżanką później udało nam się dojść do ładu.

Nie zmienia to faktu, że każda martwiąca się lub rozpaczająca słusznie osoba, jest zagrożeniem dla modelu świata pozytywnego, ponieważ zwraca uwagę na fakt że ciężko jest spędzić całe życie w entuzjazmie. I myślę że dlatego pozytywni od razu próbują przerwać negatywne uczucia innych, skłonić do wyparcia i innych mechanizmów obronnych i nie musieć się konfrontować z tym, że tuż obok nich dzieje się coś, czego nie rozumieją i od czego uciekają. „Szkoda czasu na łzy” – mawiał pewien trener, gdy uczestniczka na środku weszła w mocny proces i płakała, delikatnie ją wyśmiewając.

Oczywiście, zgadzam się, że niektórzy ludzie przesadzają pod kątem negatywnych emocji i wtedy warto im zwrócić uwagę na ten mechanizm. Nie usprawiedliwia to jednak agresywnego traktowania ludzi mających problem czy przeżywających życiową tragedię. Z prostego powodu – oprócz sprawiania im dodatkowego cierpienia, najczęściej jest to zupełnie nieskuteczne, podobnie jak bicie dzieci lub wstawianie uwag w dzienniczku najgorszym uczniom. Są oczywiście osoby, którym ostra krytyka pomogła – pytanie, czy nie byłaby bardziej skuteczna inna metoda, a tego nie przebadamy. Mogą się też być może rzeczywiście zdarzyć pojedyncze osoby, na które rzeczywiście działa tylko ostre zwyzywanie, ale zdarzają się one dużo rzadziej niż się to ludziom wydaje.

Nie wspominając o tym, że wyśmianie uczestnika przed grupą za to, ze przezywa ciężkie chwile, lub co gorsza, po interwencji guru nie zmienił się (co oznacza że po prostu celowo przeszkadza w szkoleniu) może mu zniszczyć mocno życie i doprowadzić na skraj samobójstwa (tak, pracowałem z takim przypadkiem). Jeśli rozwojowiec przetestuje to z kolei na znajomym – najczęściej znajomy skończy z przekonaniem że rozwojowcy to banda świrów atakujących go za to że ośmielił się zapytać o zagrożenia lub uronić łzę na pogrzebie swojej matki.
Czemu ataki na „negatywnych ludzi” nie są pozytywne? Pomijając sam aspekt empatyczny, który dla mnie osobiście jest bardzo ważny, takie ataki mają minimalną szansę skuteczności.

5. LĘK PRZED NEGATYWNYMI INSTALACJAMI

Jednym z najciekawszych absurdów pozytywnej ideologii jest bardzo ciekawy kontrast „PM” z reakcją na negatywne instalacje – czyli krótko mówiąc ograniczające rzekomo komentarze innych ludzi, którzy mogą wpłynąć na podświadomość poprzez nieuważny komentarz.

Jest to rzecz, którą ciężko jest tutaj teoretycznie zrozumieć – skoro psychika jest tak prosta jak cep, to jakim cudem jeden komentarz mógłby zepsuć podświadomość? Skoro ktoś często miesiącami napełnia się pozytywnym myśleniem, to jakim cudem jeden negatywny komentarz mógłby popsuć efekty tej pracy? Na te pytania nigdy nie dostałem odpowiedzi.

Sugestie na temat potrzeby terapii, podzielenie się opinią na temat ryzyka biznesu lub niepewnej sytuacji związku już jest odbierane jako negatywna instalacja. „Wyglądasz na smutnego” również nie przejdzie,

Negatywna instalacja to niestety często stwierdzenie każdej rzeczy,która nie jest tak piękna jak rozwojowiec sobie wymarzy.

Generalnie oprócz gniewu, gdy ktoś bezpośrednio próbuje nam coś wrzucić, pojawia się również wściekłość, że ktoś robi takie rzeczy innym, którzy oczywiście bezwolnie jak owieczki łykną każda negatywną instalację. Czasem, u niektórych trenerów lęk przed utratą PR gdy uczestnik ich ostro krytykuje, bywa często sublimowany w „niechęć do negatywnych instalacji”, która wtedy usprawiedliwia cenzurę.

Szczytem była sytuacja, gdy pewien trener prowadził jeden z klubów pod czymś w rodzaju superwizji bardziej doświadczonego trenera. Na początku „superwizor” zaznaczył, by pod żadnym pozorem nie dawali feedbacku prowadzącemu, ponieważ nie umieją się odpowiednio komunikować (to z kolei nie wydaje mi się pozytywną instalacją dla uczestników) i ich nieumiejętny feedback mógłby zrobić trenerowi wielką krzywdę. Trzeba było więc cały feedback przekazać superwizorowi, który tłumaczył to na odpowiedni język. Warto przyznać , że sam prowadzący pomagał w tym dziwnym procederze – gdy zapytałem czy mogę mu dać feedback osobiście, to odpowiedział, że nie ma sensu ponieważ on i tak będzie miał go gdzieś, gdyż nie skończyłem wtedy jeszcze Mastera NLP tylko Praktyka – więc oczywiście nie potrafię prawidłowo ocenić szkolenia.

Przyznam, że światopogląd, że nawet trener musi dostawać ocenzurowane informacje, gdyż inaczej może mu to zaszkodzić, trochę kłóci mi się z pozytywnością.

6. EGOCENTRYZM

Kolejną z rzeczy jaką występuję w kręgach pozytywnie myślących, to powstawanie pięknie brzmiących mechanizmów broniących zachowań, które wśród normalnych ludzi są uznawane za egocentryczne.

Po niektórych szkoleniach ludzie przestają się interesować tym, jak się czują inni i co o nas myślą. I o ile w wielu sytuacjach może to pomóc mocno postawić granice natarczywym członkom rodziny lub pozbyć się chorobliwego lęku przed opinią innych (np. przy występie publicznym), to bardzo często prowadzi to z kolei do łamania granic innych lub wzmocnienia niedojrzałych zachowań, które kiedyś powstrzymane z uwagi na opinię społeczną, teraz wystrzeliwują jak z armaty, gdyż nic ich wreszcie nie powstrzymuje.

Nawet niektórećwiczenia z pewności siebie i poczucia wartości służą w „PM” bardziej znieczuleniu na reakcje innych niż faktycznemu czuciu się dobrze z ich zdaniem.

Mój znajomy interesujący się trochę rozwojem, ale spoza społeczności, gdy zabrałem go parę razy na spotkania, zwrócił uwagę, że „pozytywni rozwojowcy” strasznie hałasują (głośno krzycząc, śmiejąc się i zwracając na siebie przesadną uwagę), popisują się swoją wolnością od zasad społecznych i generalnie przypominają bandę pijanych nastolatków, tyle że bez alkoholu. To dość trafne zobrazowanie tego, jak się zachowywały niektóre grupy ludzi po ukończeniu początkowych szkoleń. Uczestnicy często łamali granice innych ludzi i niejednokrotnie w miejscach publicznych zwracano im uwagę, a oni tłumaczyli to (wraz za jednym z trenerów) brakiem ego. Co ciekawe proceder ten był tak częsty, że nawet trenerzy zdawali sobie z tego sprawę i tłumaczyli żartobliwie, że po pierwszym tygodniowym szkoleniu tak już jest i uczestnikom uderza woda sodowa do głowy, a normalizuje się to dopiero po drugim tygodniowym szkoleniu. Wtedy nawet wydawało mi się to w miarę normalne, choć widziałem to jako sprytną sprzedaż drugiego szkolenia, ale dziś jednak dziwi mnie niezmiernie, że po to idzie się na kilka dni zmieniającego życie szkolenia i płaci kilka tysięcy złotych, żeby potem musieć doprowadzać się do pionu innym szkoleniem.

Tak jak pozytywnie myślących przestawało interesować co inni myślą, tak samo potrafią nie przejmować się uczuciami innych, a dokładniej ich cierpieniem. W końcu zawsze warto patrzeć pozytywnie, po co więc przejmować cierpiącymi w Afryce, historią w której działy się straszne rzeczy, środowiskami w których dalej jest ciężko lub u mnie pod nosem, nawet jeśli ja to spowodowałem? Jeszcze trzeba by było przeżyć jakieś nieprzyjemne emocje…

I o ile, tak jak wspominałem to fajnie działa na osoby przeżywające zbyt mocno cierpienie bliskich, o tyle u wielu ludzi idzie to w zdecydowanie drugie ekstremum.

7. MAGICZNE MYŚLENIE

Ogromnym zjawiskiem jest w tym kręgu również myślenie magiczne, według którego nasze życie zależy w 100% od tego co myślimy.

O ile nawet są ideologie, jak niektóre religie Wschodu, w których również jesteśmy odpowiedzialni za to, co przeżywamy, to tam jest to wyjaśnianie w niebezpośredni i bardziej skomplikowany sposób. O ile “niezawiniony” wypadek samochodowy jest wg buddyzmu spowodowany poprzednimi wcieleniami (czyli dla większości ludzi jest po prostu przypadkowy i nie mamy na niego wpływu), to według “PM” wystarczy dobrze myśleć o jeździe, a wypadku nie będzie.

Świat, w którym same przekonania tworzą świat może być jedynie światem snu (choć i tu istnieje drobny wpływ środowiska taki jak temperatura pokoju snu, stopień głodu itd.), gdyż inaczej oznaczałoby to zawieszenie praw fizyki i innych przy jakimś człowieku.

I o ile nikt raczej nie będzie chciał podjąć się bezpośredniej próby i sprawdzić czy pozytywne myślenie pomoże mu uniknąć siły grawitacji, o tyle często ludzie myślą że wystarczy podchodzić do wszystkiego przyjemnie i pozytywnie, skupiać się tylko na rzeczach przyjemnych, a na pewno wszystko się uda. Oczywiście rozwiązuje to problem wielu negatywnie skonstruowanych samospełniających się przepowiedni, ale uczy też ludzi nieprawidłowego sposobu myślenia o świecie (jeśli uważasz że się mylę, przekona mnie eksperyment ze skokiem z okna), które potem zaskakuje ich w sytuacjach, gdy okazuje się że jednak samo myślenie nie miało na coś wpływu. Wiele osób unika w ten sposób działania, bo wydaje im się że samo nastawienie (często w dodatku z duchowością) zrobi wszystko co trzeba. Inni, gdy chorują zaprzestają brania leków i dbania o siebie wierząc, że samo nastawienie wystarczy. Oczywiście biorę pod uwagę, że przy wielu chorobach i dolegliwościach nastawieniw ma działanie przynajmniej pomocnicze, ale na pewno nie we wszystkich – chociażby atak wyrostka robaczkowego, przy którym nie spotkałem jeszcze tak odjechanego rozwojowca który twierdziłby, że warto się z tego leczyć siłą umysłu. O ile jednak przy wyrostku sprawa jest jasna, o tyle przy innych problemach wiele osób wciąż przecenia możliwości umysłu.

Zgodzę się też z tym, że rozmaite rytuały mogą mieć ogromną moc, gdyż programują w określony sposób podświadomość i pozwalają również zwiększyć motywację do działania – ale warunkiem jest też podjęcie tych określonych kroków i traktowanie rytuału w sposób symboliczny, a nie magiczny.


8. ZAMKNIĘCIE NA KRYTYKĘ

Skoro wszystko jest pozytywne, to nie można też krytykować. Krytykowanie jest bowiem odbierane wtedy jako coś negatywnego i nierozwojowego. Wszyscy, którzy ośmielają się to robić, odbierani są jako hejterzy (o tym zjawisku artykuł TUTAJ ), którzy są zakompleksieni i nie mają co innego do roboty niż czepianie się tych, którym się powiodło.

Owszem, można to zarzucić wielu ludziom, którzy bezrefleksyjnie krytykują w interencie gwiazdy showbiznesu itd., ale akurat w rozwoju rzeczowa krytyka narzędzi, które mocno wpływają na psychikę ludzi jest bardzo potrzebna.
Wbrew tekstom niektórych, ci którzy zajmują się sobą i swoimi sukcesami, a nie krytyką innych wcale nie muszą być bardziej rozwinięci. Mogą nadal szkodzić ludziom, a niekrytykowanie może być elementem ich strategii marketingowych, często nawet wyrażanych wprost.

Oczywiście taki sposób traktowania krytyki (żeby było jasne, krytyki uznawanych przez nich modeli – bo gdy guru krytykuje niedziałające rzeczy z psychologii to już wtedy krytyka nie jest zła, a cała sala nieraz płacze ze śmiechu) niewiele ma wspólnego z prawdziwie pozytywnym podejściem do krytyki. Raczej z mechanizmami obronnymi nie do końca zdrowych osobowości.

9. TEORIE SPISKOWE

To jednak z najbardziej fascynujących rzeczy w pozytywnym myśleniu – skoro pozytywnie myślący robią dobrze rzeczy, a w ich życiu wciąż jest tyle zła, to skąd ono się bierze? Oczywiście, to ONI.

Różne rzeczy słyszałem w tym środowisku – od spisku firm farmaceutycznych, psychologów, ludzi-gadów, ameb, demonów którzy sterują biznesmanami, GMO, Żydów, katolików, pijących alkohol, NLPowców, Amerykanów, Unii Europejskiej, szczepiących, zatruwających niebo, Rosjan, mięsożerców, lemingów, konkretnych polskich polityków czy po prostu innych negatywnych ludzi.

Dziwne,że tak „pozytywni ludzie” mogą projektować na świat tak złe rzeczy (swoją drogą taka projekcja agresji i negatywnych rzeczy na zewnątrz jest mechanizmem obecnym w paranoicznym zaburzeniu osobowości).

Nie przeczę, że jakieś spiski (nawet być może którejś z wymienionych przeze mnie grup) są możliwe. Skala tego zjawiska jest jednak moim zdaniem przeceniana i powoduje tylko jeszcze większy podział MY-ONI, klasyczny etnocentryzm, dość prymitywny i zgoła nie-pozytywny – chyba że jako pozytywne uznajemy klasyfikowanie się w grupie lepszych.

10. POWIERZCHOWNA WIEDZA

Trochę to wynika z poprzednich punktów, a trochę jest nowością.

Osoby pozytywnie myślące cytują często różne źródła, które akurat podają to, z czym one się zgadzają. Nieistotne jest, że te źródła są często niepewne, a czasem nawet jawnie nieprawdziwe (np. zmyślone newsy, lub dzienniki satyryczny), ze czasem twierdzą tak naprawdę coś innego. Czasem, gdy innym razem to samo źródło twierdzi coś przeciwnego do poglądów danej osoby, jest od razu kwestionowane.

I tak oto ludzie cytują fizykę kwantową nie pamiętając jednocześnie wzoru z fizyki na pęd, przestarzałe badania o półkulach mózgowych lub 55% znaczenia mowy ciała w komunikacji, najnowsze genetyczne badania – ale to co łączy te wszystkie cytowania to brak pojęcia o temacie i używanie wszystkiego tylko po to, by udowadniać swoje tezy. Jeśli ktoś natomiast użyje podobnych źródeł (np. badań mózgu) do obalenia „pozytywnej tezy”, wtedy natychmiast źródła są podważane, a wyniki kwestionowane. Często nawet nie używa się żadnych źródeł, tylko podaje swoje zdanie jako obiektywne, czasem nawet gdy nie ma się z czymś żadnego doświadczenia, tylko się tak „czuje”. Oczywiście kwestionowanie takich odczuć to już kolejny przejaw negatywności, ewentualnie w środowiskach ezoterycznych – „zamknięcia w umyśle”.

Być może da się znaleźć jeszcze kilka takich pułapek, ale tez rzuciły mi się w oczy najbardziej i na te radziłbym najbardziej uważać.

Wszystkie one biorą się moim zdaniem z tego, że „pozytywne myślenie” NIE JEST WCALE POZYTYWNE. Jest słabe i podszyte strachem, pełne życzeniowości i obaw, że jeśli spojrzy się na sytuację realnie, od razu będzie tragedia. I dlatego też nazywanie tego pozytywnym myśleniem mija się z prawdą – stąd cudzysłów za każdym razem w tym tekście.

Oczywiście, tak jak pisałem przeżywając „PM” można się sporo nauczyć i nie twierdzę, że jest to bezwartościowe – sporo przydatnej wiedzy można tam zdobyć, jest to też dobra trampolina do dalszego rozwoju. Dla wielu osób to pierwsze bardzo przyjemne grupowe doświadczenia i choćby z uwagi na to bardzo chwalą sobie przebywanie w takim środowisku. Nie chodzi też o to, by całkowicie odseparować się od takich środowisk, ale by po prostu uważać na te wszystkie pułapki i patrzeć na świat bardziej pozytywnie (celowo bez cudzysłowia).

Ja uważam że było warto przeżyć przygodę z „PM”, co najwyżej gdybym miał drugą szansę, szybciej bym obudził z najbardziej nieprzydatnych mitów.

Pamiętaj, że jeśli naprawdę w Twoich grupach nie występują podobne zjawiska, to może stopień „pozytywności” jest zdrowszy. Ale i tak warto uważać, by się nie pojawiły.

Dodam jeszcze na koniec, że nie jest moim celem wybudzać kogokolwiek na siłę. Jeśli upierasz się, że ten tekst nie jest o Tobie – możliwe, że masz rację. A nawet jeśli nie – to nic już na to nie poradzę.

Polecam wspomnieć sobie ten tekst, gdybyś jednak za jakiś czas zauważył różne mechanizmy, o których to pisałem. Zamiast pomstować wtedy na cały rozwój osobisty i psychologię, zwróć wtedy uwagę, że problem dotyczy pewnej, specyficznej, choć dużej grupy ludzi.

Polecam też podesłać go znajomemu, u którego rozpoznajemy objawy „PM”, ale nie liczyć na wielką zmianę. Ten tekst jest w końcu jedną, wielką, negatywną instalacją.

Już niedługo natomiast druga część artykułu, o zgoła odwrotnym podejściu, ale również bardzo złudnym.

SmartLove

Jeśli sądzisz, że powodzenie w związku zależy tylko od przeznaczenia, partnerzy są po prostu albo dopasowani albo nie, a wszystko co robią dla siebie musi wynikać ze spontanicznych impulsów – to szkolenie z pewnością Cię nie zainteresuje.

Dowiedz się więcej
X

Dowiedz się jak zbudować udany związek

Pobierz trzy darmowe video.

Nie, dzięki.