Dlaczego coaching nie musi się kończyć happy endem?


Jedno z kluczowych pytań w procesie coachingowym lub terapeutycznym (a są one często bardziej podobne do siebie niż się na pierwszy rzut oka wydaje – ale to temat na oddzielny artykuł) jest to, jak powinien czuć się klient po zakończeniu sesji, by wiedzieć, że wszystko idzie w dobrym kierunku.

CZĘŚĆ 1 – MIT HAPPY ENDU

Gdy zaczynałem przygodę z rozwojem, w środowisku w którym się obracałem panowało przekonanie, że klient powinien skończyć sesję w euforii (nie, nie żartuję). W tym celu stosowano mieszankę składającą się z konfuzji, na którą nakładano mnóstwo śmiechu i euforyzującej gadki motywacyjnej. To sprawiało, że klient rzeczywiście kończył dość często nakręcony jak katarynka. Niestety, zadziwiająco często nie było trwałych efektów, podobnie jak przy większości decyzji powodowanych emocjami – najczęściej ani kac nie motywuje długotrwale do porzucenia alkoholu, ani przeziębienie nie motywuje do cieplejszego ubierania się w przyszłym roku.

Dzisiaj już sporo osób w rozwoju osobistym zdaje sobie sprawę, że nakręcenie emocjonalne jest możliwym, ale wcale niekoniecznym dodatkiem do takiej sesji – tak samo skuteczna może być ulga, spokój, głębokie zrozumienie, radość i wszelkie mniej spektakularne odczucia. Kluczem jest bowiem nie to, czy klient skacze po ścianach pod wpływem emocji – ale czy uzyskał nowy wgląd w swoją sytuację (czy to pod kątem mentalnym czy też przepracowania uczuć, które go blokowały).

Nadal jednak w wielu miejscach pokutuje pewne przekonanie, które funkcjonuje na zasadzie dogmatu. Jest to przekonanie o tym, że klient koniecznie musi wyjść w dobrym humorze i w pozytywnych emocjach. Często tak silne, że pracujący z ludźmi specjaliści, zwłaszcza bez odpowiedniego doświadczenia, boją się jak ognia tego, że po mocnym odkryciu nie da się doprowadzić klienta tego dnia z powrotem do wspaniałego nastroju.

Przyczyn tego może być wiele –od uproszczenia pozytywnej intencji (skoro koniec końców mamy sprawić, by klient poczuł się dobrze – to musi tak być przez cały czas i każde spotkanie tak się musi skończyć), po wzory brane z historyjek trenerów opowiadających jak to w czasie jednej sesji rozwiązują każdy problem, przez nieświadomość zachodzących w głowie procesów (zwłaszcza efektu Zeigernik, który rozwinę za dwa akapity), aż po antybohaterów – czyli różne przypadki, gdy terapeuta lub szkoleniowiec zostawił klienta z rozgrzebanym procesem i sporymi problemami (o tym również w dalszej części).

Dlaczego więc nie trzeba na siłę kończyć w pozytywnym nastroju?

Po pierwsze, ponieważ psychika, tak jak ciało, na wszystko potrzebuje czasu. Owszem, jest bardziej plastyczna, ale swoje ograniczenia nadal ma. Tak jak nie da się zrobić tego, by złamana noga zrosła się w 2 dni, tak samo nie da się np. przy pracy z narcyzmem skonfrontować klienta z całą ilością usuwanej do tego momentu treści i sprawić, by to zaakceptował oraz poczuł się z tym dobrze w ciągu jednej sesji (ani nawet w ciągu kilku). Jakakolwiek próba przeskoczenia takich faktów będzie po prostu nieskuteczna. Konfrontacja z czymś, czego klient nie widział do tej pory potrafi być tak ogromnym krokiem naprzód, że jego mózg odmówi posłuszeństwa przy dalszej współpracy (w postaci spadku koncentracji, uczuciu przemęczenia i przeciążenia).

Po drugie, ponieważ zgodnie z efektem Zeigernik psychika może sama dokańczać niedomknięty proces przez czas do kolejnego spotkania z coachem. Proces, który nie został w pełni zakończony – może pojawiać się w snach, wyobrażeniach, myślach (a zgodnie z założeniami psychologii transpersonalnej – również w świecie zewnętrznym za pomocą synchroniczności – czy też wybiórczej uwagi – jak powiedzieliby inni) oraz sam się wzmacniać i rozwiązywać. A wtedy klient czuje zmiany nie tylko na sesji, lecz również pomiędzy nimi – i wtedy bierze za nie większą odpowiedzialność.

Po trzecie, w niektórych przypadkach konfrontacja będzie o wiele lepsza dla klienta, gdyż skłoni go do większej refleksji nad sobą, przemyślenia własnych szkodliwych zachowań. Brak stworzonego nieco na siłę happy endu może mu uzmysłowić, że problem z jakim się boryka jest naprawdę poważny i trzeba przestać się oszukiwać.

Nieznajomość tych faktów prowadzi do wielu zakłóceń pracy z klientem. Na coachu ciąży wtedy ogromna presja (niektórzy potrafią przez całą sesję pluć sobie w brodę na myśl o tym, jak wiele jeszcze do pełnego uwolnienia klienta), która oczywiście może przełożyć się na gorszą interwencje. Inni próbują na siłę domykać sesję próbami rozwiązania problemu, co albo nie wychodzi zupełnie – albo co gorsza, wychodzi powierzchownie. A gdy jest już późno, obie osoby są zmęczone, to grają często w grę „ wszystko jest ok i można sesję kończyć”. I tak, jeśli pod koniec sesji ujawnia się ogromny gniew na matkę, do tej pory nieświadomy – to (jeśli nie ma przeciwwskazań) – warto w tym momencie skończyć, pozwolić klientowi trawić to przez najbliższy czas, a do tematu transformacji tych uczuć wrócić na następnej sesji, gdy klient przyjdzie ze świeżym umysłem i bardziej przemyślanym tematem. Niektórzy jednak w takiej sytuacji próbują na siłę skłonić klienta do wybaczenia matce, zmuszają do karkołomnych wizualizacji lub deklaracji wbrew temu gdzie proces prowadzi – a to może, przy mocnej sugestii (nawet nie wypowiedzianej wprost) coacha – prowadzić do zaprzeczania swoim uczuciom, a przez to bardzo powierzchownej pracy. W wielu przypadkach i tak proces sam się otworzy za jakiś czas, a klient może wpaść w omawianą przeze mnie na blogu pułapkę „już to przerabiałem”.

Kolejną rzeczą, która może się w takiej sytuacji wydarzyć- to sytuacja, w której zarówno coach jak i klient mogą skończyć sesję traktując ją jako porażkę, co może uruchomić dodatkowe mechanizmy – brak zaufania do coacha, zerwanie pracy, interpretacja wydarzenia w sposób dewaluujący siebie przez klienta, stratę nadziei na pomoc. Negatywne emocje zupełnie inaczej traktowane są jeśli wiadomo, że jest to element oczyszczającego procesu, a zupełnie inaczej gdy wydaje się, że coach się pomylił. Jeśli klient przerwie spotykanie się, to może mieć wtedy wrażenie, że coach popsuł całą sprawę.

RADY DLA COACHÓW – KIEDY NIE DOMYKAĆ PROCESU NA SIŁĘ?

– kiedy wiesz, że jeszcze z danym klientem się spotkasz na kolejnej sesji
– kiedy klient skonfrontował się z bolesnym problemem i widać, że bardzo to przeżył
– kiedy samo skonfrontowanie już jest dla klienta ogromnym krokiem naprzód
– kiedy czujesz intuicyjnie, że więcej dziś nie ma sensu robić, klient jest zmęczony i widać, że potrzebuje przetrawić nowe informacje
– sam klient wyraźnie stwierdza, że na dzisiaj ma dosyć

RADA DLA KLIENTA- KIEDY ZWRÓCIĆ UWAGĘ NA BEZCELOWE POPRAWIANIE NASTROJU PRZEZ COACHA

– kiedy nie masz już siły i masz wrażenie że dziś już więcej nie dasz rady zrobić (albo po prostu nie chcesz)
– kiedy czujesz, że rozwiązanie sugerowane przez coacha nie są odpowiednie na ten moment i potrzebujesz na to czasu
– kiedy czujesz że wydarzyło się coś ważnego i warto się temu przyjrzeć

CZĘŚĆ 2 – MIT DEAD-ENDU

Czy w takim razie to wszystko nie sugeruje, że trzeba zawsze kończyć sesję czymś negatywnym? Nie!

Brak happy endu wcale niekoniecznie musi oznaczać głębszą i dokładniejszą pracę. Mimo iż niektórzy terapeuci idą w drugie ekstremum i lubują się w zostawianiu klienta z niedokończonym procesem, przypomina to zakończenie filmu śmiercią bohatera tylko po to, by sprawić wrażenie większej głębi.

Bardzo często proces naturalnie prowadzi do pozytywnych uczuć i absurdem jest przerywanie procesu przed końcem tylko dla zasady. Kończenie sesji zawsze negatywnymi uczuciami również może być dla klienta męczące i denerwujące po jakimś czasie. Jego samoocena może spaść, a motywacja do dalszej pracy również się zacznie kończyć.

A jeszcze inna bajka to nieumiejętne otwieranie procesu klientowi i zostawienie go samemu sobie. Niektórzy robią to na osobach zaburzonych, z którymi w dodatku spotykają się po raz pierwszy. Inni robią tak bez upewnienia się, że klient zamierza jeszcze się z nimi spotkać. Najdziwniejsze przypadki dotyczą mocnego otwarcia procesu na szkoleniu (w dodatku czasem szkolenia z czegoś zupełnie nie-terapeutycznego) tak silne, że osoba albo z powodu obrażenia się na trenera albo z powodu wstydu nie wraca już na szkolenie po przerwie lub następnego dnia. Trener potrafi skwitować to komentarzem, że uczestnik na pewno sobie przemyśli i cała sprawa wyjdzie mu na dobre. A życie pokazuje, że nie zawsze tak bywa (przynajmniej jeśli nie użyjemy duchowych racjonalizacji).

Widziałem też przypadki na warsztatach okołoterapeutycznych, gdzie prowadzący wprawdzie tłumaczyli uczestnikowi że jego negatywne uczucia są spowodowane większym wglądem w siebie i dotarciem do silnego procesu który do tej pory nie był dla niego świadomy – ale nie dają absolutnie żadnej wskazówki co robić z tym dalej (poza ewentualnie przyjściem na kolejny prowadzony przez siebie warsztat… za 4 miesiące)

Także mówienie o zwyczajnej i koniecznej konfrontacji klienta z trudnymi rzeczami bywa często reframingiem na nieudanie przeprowadzony proces (w który może uwierzyć niedoświadczona publiczność na zasadzie efektu autorytetu). Reframingiem świadomym w postaci manipulacji, czy też nieświadomym – gdy trener sam wierzy w swoją wersję (co nie poprawia niestety sytuacji klienta).

Problemem bywa też długotrwała praca, w której występuje ciągłe konfrontowanie klienta z negatywnymi uczuciami bez widocznych efektów.

RADY DLA COACHÓW – jeśli chcesz zostawić proces bez happy endu, pamiętaj by jako spełnić następujące punkty:

– upewnij się, że klient zamierza się jeszcze z Tobą spotkać, w razie czego podkreśl wagę dalszej pracy, informuj o możliwych negatywnych skutkach, gdy przerwie się prace w tym momencie (trafiła mi się klientka która przerwała, czasem z powodów przeprowadzek, czasem z powodu niekompetencji terapeutów, aż 5 różnych terapii – i była przytłoczona ilością otwartych na tych terapiach procesów, jednocześnie z silnym wstrętem do terapii w ogóle)
– pilnuj, by klient nie wyszedł kompletnie zdruzgotany, pozbawiony sensu życia, totalnie przytłoczony tym, co się wydarzyło
— wyjaśnij naturę mechanizmu, który się w nim dzieje, przekaż że to normalne przy poruszaniu mocnych procesów
– domknij jakoś obecny proces, podsumuj czemu klient czuje to co czuje, na jakim jest etapie, czym się zajmiecie następnym razem
– upewnij się, że osoba nie jest głęboko zaburzona i nie stosuj dead-endu, gdy widzicie się pierwszy raz
– daj znać by w razie problemów klient odzywał się do Ciebie (wydaje się oczywiste, ale niektórzy nie wpadną na to, że mogą odezwać się do coacha)
– jeśli taki kontakt i dalsza praca są niemożliwe (np. klient przyjechał z zagranicy i zaraz tam wraca), poinformować o tym, że może mu być potrzebny kontakt ze specjalistą na miejscu
– jeśli masz już doświadczenie, uważnie słuchaj swojej intuicji

RADY DLA KLIENTA KTÓREGO SESJA SKOŃCZYŁA SIĘ NEGATYWNYM UCZUCIEM

– upewnij się, że coach kontroluje co się dzieje, dopytaj go
– zapytaj dlaczego przerywacie w momencie negatywnym
– dowiedz się co robić w razie mocnego pogorszenia
– w razie wątpliwości podziel się nimi z coachem i dowiedz się, jakie on widzi rozwiązanie
– w przypadku długotrwałego braku poprawy skonsultuj się na ten temat z innym specjalistą

Mam nadzieję, że ten artykuł choć w części przyczyni się do uważniejszego przyjrzenia się kwestii stereotypów na temat zakończenia sesji i pomoże zarówno coachom, jak i klientem podejmować bardziej świadome decyzje. Żeby było jasne, nie może on zastąpić szkolenia dla osób chcących pracować z ludźmi 🙂 jest tylko rozwinięciem pewnego szczegółowego tematu.

Oczywiście nie byłem w stanie wyczerpać tutaj całego tematu, dlatego jeśli masz coś do dodania w tej kwestii – chętnie posłucham.

SmartLove

Jeśli sądzisz, że powodzenie w związku zależy tylko od przeznaczenia, partnerzy są po prostu albo dopasowani albo nie, a wszystko co robią dla siebie musi wynikać ze spontanicznych impulsów – to szkolenie z pewnością Cię nie zainteresuje.

Dowiedz się więcej
X

Dowiedz się jak zbudować udany związek

Pobierz trzy darmowe video.

Nie, dzięki.