Subtelne życie


Przez lata moim udziałem stało się pewne zjawisko, które zaobserwowałem niedawno u kilku szkolących się u mnie ludzi, jak również wśród całej masy osób zajmujących się rozwojem osobistym w różnorakich odmianach: uwodzeniem, NLP, hipnozą czy nawet medytacją (choć idea medytacji wydaje się temu podejściu przeczyć). Zjawisko to występuje również u osób, które nie inwestują specjalnie w swój umysł – jednak z uwagi na to, że takie same procesy zachodzą u nich w wolniejszy sposób, orientują się w sytuacji w wieku pięćdziesięciu lat – i taki wzorzec wychwycił już lata temu Jung, wyjaśniające epidemię chorób psychosomatycznych trapiących ludzi, którzy według schematów cywilizacji osiągnęli już wszystko.

Od dzieciństwa uczą nas osiągania celów. Od dzieciństwa wciskają nam do głowy chory schemat głoszący, że to, co się teraz dzieje, jest nic nie wartą chwilą, która prowadzi nas do nieskończenie długiej przyszłości, że teraźniejszość jest niczym cieniutki plasterek szynki w ogromnym hamburgerze przeszłości i przyszłości, oraz, że jedyne co warto robić, to inwestować w to, co dopiero nastąpi, a ściśle mówiąc – w zestaw koniecznych do wykonania zadań. Od najmłodszych lat, gdy dziewczynka umówi się na pierwszą, dziecinną randkę z kolegą z klasy, rodzice wmawiają jej, że to nic nie warte zabawy i żeby się skupiła na nauce. Gdy chłopiec godzinami gra w piłkę na boisku, zapędzają go do książek i “robienia pożytecznych rzeczy”.

Pomijam już fakt, że pod względem samej skuteczności jest to zupełnie bzdurne podejście – naprawdę chciałbym, żeby za naukę płacili, niemniej za cztery piątki i jedną czwórkę, które dostałem na maturze, nie otrzymałem nigdy nic poza wątpliwą satysfakcją – przy przyjmowaniu na studia nikt nawet na to nie spojrzał, że już nie wspomnę o późniejszych krokach zawodowych. Dobre oceny w szkole nie pomogły mi nigdy w niczym, zapominana z powodu braku motywacji i braku używania wiedza z chemii, biologii i fizyki, wraca do mnie dopiero dziś, gdy przez naukę o innych gatunkach lepiej rozumiem proces łączenia się w pary u człowieka, a przez naukę o prawach fizyki lepiej rozumiem, dlaczego tu jesteśmy. Chodzi mi o coś zupełnie innego. Chodzi o podejście do życia, które u większości ludzi ogranicza się do osiągania, zaliczania, zdobywania i odkreślania punktów z jakiegoś sztucznego planu.

Zastanów się lepiej sam, czy ustalasz sobie punkty, które musisz zrealizować danego dnia i czy cały dzień myślisz o tych punktach. I czy przypadkiem jak któregoś z nich nie wykonasz – czy nie pojawia się negatywna emocja? Utożsamienie egzystencji z lekcjami do zaliczenia jest chorym dziedzictwem naszej cywilizacji, która zapomniała pradawną umiejętność czerpania radości z tego, co aktualnie się dzieje. Jest jednocześnie na tyle wciągającym procesem, że najczęściej dopiero, gdy ludzie zaliczą już wszystkie lekcje – osiągną zawodowy sukces, odchowają dzieci, zapewnią sobie materialne bezpieczeństwo, spełnią kilka indywidualnych celów – odkryją, że teraz nie wiadomo, co dalej robić. Część z nich wpadnie w nerwicę, część zagłuszy ten impuls kolejnymi celami, a tylko niewielka ilość obudzi się i nauczy się bezwysiłkowej sztuki życia.

W przypadku rozwoju osobistego sytuacja staje się jeszcze bardziej zabawna. Grupy ludzi poświęcają ogromną ilość energii, by robić wszystko lepiej, skuteczniej, szybciej, przy mniejszej ilości komplikacji i wysiłku. PUA główkują jak wymyślić sposoby, które zawsze zadziałają na każdą kobietę, NLPowcy doprowadzają do perfekcji systemy modelowania i zarządzania procesami umysłowymi, a medytujący próbują znaleźć model na osiągnięcie wysokich stanów.

Dzięki temu, że wykonują swoje działania o wiele zręczniej od innych, przypadkowych ludzi, na początku osiągane przez nich efekty mogą stworzyć iluzję w pełni prawidłowej ścieżki. Nagle oferma uczy się wzbudzać zainteresowanie u kobiet, nagle nieśmiały gość może sobie założyć kotwicę i czuć entuzjazm zamiast dawnego wstydu, nagle można siedzieć godzinami bez ruchu w niewygodnej pozycji, nagle student zaczyna o wiele więcej zarabiać – krótko mówiąc, zdobywa te wszystkie osiągnięcia, które ludzie u nas uważają za wielkie rzeczy. I przez długi czas żyje w iluzji, że wszystko jest cudowne i oby tak dalej.

Ale wkrótce potem rozwojowe podejście może przybrać rozmiary patologii – posiłki są konsumowane tylko po to, by dostarczyć składników organizmowi, kąpiele służą do zmycia brudu, czytane w olbrzymich ilościach książki służą do nauki kolejnych dziedzin, siłownia do budowania mięśni, randki do zaznaczenia kolejnej kreski nad łóżkiem bądź do nauczenia się damsko-męskiej interakcji, szkolenia do zdobycia umiejętności, nawet imprezy mogą stać się pretekstem do ćwiczenia inteligencji socjalnej. Całe życie zaczyna przypominać wielką siłownię, na którą z olbrzymią skutecznością rozwija kolejne mięśnie, ale z której nie ma zbyt wielkiej przyjemności. Drobna przyjemność pojawia się jedynie przy wyjściu z siłowni, gdy zadanie zostało zaliczone. To jedyny delikatny moment subtelności, ale zaraz jest zagłuszany, bo przecież znów trzeba iść na siłownię, a odpoczynek do niczego nie prowadzi…

Rozwojowi ludzie potrafią doprowadzić swoją chorobę do skrajności. Ci, którzy są zręczniejsi (celowo nie piszę mądrzejsi) mogą zacząć odczuwać brak relaksu i zacząć uczyć się relaksu jako kolejnego zadania do odbębnienia. W końcu relaks = zdrowy organizm = więcej energii do pracy = będzie lepiej. Paradoksy umysłu nie znają granic.

Ludzie delikatnie mogą zacząć się odsuwać, jednocześnie coraz głośniej demonstrując swój podziw (bo przecież zdobywa coraz więcej sukcesów). Mogą zachwycać się tym, że rozwojowiec nie czuje negatywnych emocji, bo je sobie przekotwicza, mogą zachwycać się sukcesem jego firmy, mogą patrzeć z fascynacją na jego piękną partnerkę. Niektórzy mogą nawet zacząć mu zazdrościć. Nie wiedzą, że naprawdę nie ma czego.

I tylko czasem jakaś koleżanka, raczej z tych, którym nie w głowie rozwój i doskonalenie się, lecz wieczorne wyjście na oświetloną latarniami ulicę i zwyczajną rozmowę o chłopaku który jej się podoba, rzuci od niechcenia, że mocno się zmienił i że nie można już z nim porozmawiać jak dawniej podczas spacerów. Teraz nie chodzi już przecież na spacery, bo to nierozwojowe (co najwyżej poświęci jej chwilę, gdy będzie szedł na zakupy). Ale on potem to zagłuszy i będzie nadal trwał w swojej halucynacyjnej podróży do celu, omijając spotkania z koleżanką i innymi nie rozwijającymi umysłu ludźmi…

Na wielu szkoleniach uczyłem zręczności w dziedzinie uwodzenia. Ludzie dostawali technologie, które tłumaczą jak lepiej komunikować się z innymi, jak budować wielopoziomowy raport, jak błyskawicznie wykalibrować charakter kobiety, jak przekazać jej swoje pragnienia, tak by ona myślała, że sama na to wpadła, jak budować w jej umyśle obrazy, jak uniezależnić swoją kinestetykę od otoczenia. I krótkie pytanie: po co to robisz?

Po co tak naprawdę uwodzisz? Po co zaczynasz ten skomplikowany proces zawiązywania znajomości, budowania połączenia, wywoływania energii seksualnej, tworzenia odpowiednich kontekstów, mówienia komplementów, rysowania obrazów, przechodzenia do dotyku, całowania i na koniec seksu? Czy robisz to dla czystej przyjemności przeżywania każdej z tych rzeczy czy może jednak, żeby coś osiągnąć?

Pomijam już patologię w rodzaju tych PUA, którzy nie cierpią kobiet (!!!), nie rozumieją ich “idiotycznych zwyczajów”, i którzy chcieliby je traktować gorzej niż zwierzęta. Pomijam gamoni, którzy podchodzą do mnie i zadają pytania o to “jak działają kobiety”, zupełnie olewając i nie okazując szacunku mojej dziewczynie stojącej obok mnie, nie wpadłszy na to, że to może najważniejsza rzecz, którą pomijają – oni traktują uwodzenie jako system do budowania własnej wartości, jako przejaw męskości, którym w innej ramie socjalnej mogłyby być pojedynki na szpady, polowania albo walki karate. Po prostu faceci na różne sposoby lubią się porównywać i gdyby któregoś dnia cała społeczność PUA ustaliła sobie, że zamiast kobiet będą teraz strzelać z łuku, fuckclosy zamienią na strzały w 10tkę, HB10 na wyjątkowo małe tarcze, a wypasy na zawody łucznicze – paru gości na pewno pobiegłoby kupić łuki i strzały. To nic, że nienawidzą strzelania – wkrótce potem nie schodziliby z torów łuczniczych i opisywali by na forach swoje przygody ze szczegółami.

To skrajność, według wszelkiego prawdopodobieństwa nie należysz do tej grupy i dostrzegasz absurd takiego podejścia, niemniej jest spora szansa, że w delikatny sposób ograniczasz się stawianiem sobie celów. Że (biorąc pod uwagę kontekst uwodzenia) podczas otwarcia myślisz o wzięciu numeru, podczas brania numeru o następnym spotkaniu, podczas rozmowy o pocałunku, podczas gry wstępnej o seksie, podczas pierwszej randki o całym związku. Jednym słowem – stawiasz sobie system małych celów do osiągnięcia, które zamydlają ci oczy i nie pozwalają cieszyć się każdą chwilą, jaką przeżywasz – czy to z kobietą, z którą budujesz relacje czy w jakimkolwiek innym kontekście życia.

Ludzie robią to tak naprawdę niemal zawsze, struktura umysłu nakazuje ciągle przetwarzać historie z przeszłości i wyobrażenia przyszłości, dlatego najbardziej wspominają chwile w swoim życiu, gdy zatrzymał się czas i nie musieli do niczego dążyć. Zrób eksperyment i sprawdź! TERAZ! Czyż najlepsze chwile w życiu nie były wtedy, gdy na chwilę zatrzymał się umysł i przestał rozumować w kategoriach “co będę z tego miał” tylko cieszył się tym, co się dzieje?

Dlatego narkotyki zawsze cieszyły się tak wielkim powodzeniem we wszystkich kulturach – każdy z nich, od prymitywnych opiatów i alkoholu, poprzez nieco bardziej złożone extasy i marihuanę, po najbardziej wyrafinowane w rodzaju LSD, świętych grzybów i DMT, ściąga do teraźniejszości i nadaje sens prostym czynnościom, tworząc z nich cel sam w sobie. Uczucie haju, a więc zachwyt teraźniejszością, można też oczywiście indukować na trzeźwo bez zbędnych skutków ubocznych i będę rozwijał ten temat w kolejnych artykułach.

Od jakiegoś czasu mam wrażenie, że mądrość składa się z dwóch przeciwstawnych wektorów: zręczności i subtelności, których symetryczne, proporcjonalne ustawienie zmienia człowieka w mądrego. Sama zręczność, a więc umiejętność znajdywania rozwiązań na problemy nie znaczy zupełnie nic bez umiejętności cieszenia się życiem. Bez umiejętności subtelnego delektowania się przeżywaniem, egzystencja stanowi bezwartościową łamigłówkę. Podobnie sama subtelność, zupełnie bez odrobiny zręczności – nie posunie nikogo nawet o krok w rozwoju.

Zwierzęta są absolutnie subtelne. Nie mają zręczności, nie maja samodoskonalącej się inteligencji, która w automatyczny sposób się rozwija. Dlatego od milionów lat większość z nich działa w taki sam sposób. Ludzie zyskali zręczność i dlatego błyskawicznie wyprzedzili o wiele poziomów technologicznych inne gatunki. Jednocześnie zatracili zdolność bezprzyczynowego cieszenia się życiem, stawiając sobie ciąg wymagań do tego, by poczuć się dobrze. Spójrz na swojego kota, jak podłączony poprzez swoje organy zmysłów do wiecznego procesu życia przeżywa co sekundę euforyczny moment.

Zarówno robot chcący wszystko ulepszyć, jak i ktoś, kto żyje chwilą jak zwierzę są patologicznymi opcjami – znajdź środek i połącz obie ścieżki w najlepszy dla siebie sposób. Jeśli gdzieś w głębi ducha całe to uwodzenie cię nudzi i marzysz o dymaniu w 5 minut, jeśli proces randkowania jest dla ciebie uciążliwy albo chciałbyś dostać szybką receptę na zasadzie “który guzik wcisnąć w jakiejś kolejności”, daj sobie ochłonąć, bo nigdy nie będziesz prawdziwym Pick Up Artist – możesz być jedynie zręcznym rzemieślnikiem.

Pamiętaj, że egzystencji nie chodzi tylko o to, żeby zręczniej, szybciej, skuteczniej, prościej, ale o to by testować sobie z entuzjazmem różne opcje, uczyć się na błędach, doświadczać, sprawdzać i bawić się, bawić, bawić, bawić! Jednocześnie rozwój zachodzi z boku jako efekt wielu mocnych doświadczeń. Mędrzec musi wiele razy wywrócić się na wybojach, by pojąć smak procesu życia. Oczywiście do tego potrzebne jest bazowe korzystanie z osiągnięć zręczności. Zwierzęta nawet nie zrozumieją tego artykułu , nie zrozumieją go też dzieci, nie zrozumieją go ci, którzy tak mało osiągnęli (będąc jednocześnie pod presją osiągania) że myślą, że osiągnięcie tych punktów zmieni wszystko i będzie wciśnięciem magicznego guzika z wiecznym szczęściem. Sam być może nie uwierzyłbym temu tekstowi, gdybym w młodym wieku nie zaczął zarabiać całkiem sporych pieniędzy (poznając jednocześnie nieszczęśliwych, sfrustrowanych bogaczy), nie nawiązał wielu relacji z kobietami swoich marzeń i nie przeżył wielu rzeczy, o których kiedyś sądziłem, że jak to wykonam, to spadnie na mnie gwiazdka z nieba i już do końca życia osiądę na laurach.

Dlatego napiszę to wprost: Cokolwiek osiągniesz, nie rozwiąże to twojego obecnego problemu z radością życia.

Podejrzewam, że niewolnicy zręczności również odrzucą ten artykuł, nie tylko jako nierozwojowy, lecz nawet przeciwnie, jako zagrożenie dla własnej tożsamości. Co ten gość pisze? Do czego próbuje nakłonić?

Próbuje pokazać drogę, która przy odpowiedniej zręczności, którą większość ludzi ma tak naprawdę dobrze opanowaną, przestać robić rzeczy “po to, żeby” – a zacznij je robić dla czystej przyjemności. Gdy będziesz przestrzegał odwiecznych praw zręczności – dbanie o swoje ciało, dobre traktowanie innych ludzi, stawianie wymagań umysłowi – wszystko będzie dobrze, a rozwój zajdzie jako skutek uboczny.

Być może próbujesz zrozumieć mnie zręcznym umysłem i dowiedzieć się, co będziesz z tego miał? Co zostanie z tego na stałe, jakie umiejętności nabędę jeśli będę to praktykował? Żadne, nie dostaniesz nic. Ciągle nie rozumiesz. Podobnie jak nie będziesz miał nic ze wszystkich osiągnięć życia w momencie śmierci – nagle wszystkie osiągnięte przez ciebie cele staną się absurdalne z uwagi na niemożność wiecznego posiadania (a jeśli przyjmujesz wschodnie, reinkarnacyjne koncepcje – cóż będzie z Twojego wielowcieleniowego rozwoju duszy, skoro w końcu cały cykl zacznie się od nowa – i tak nieskończoną ilość razy?) Nie da się osiągnąć trwałych korzyści, można jedynie cieszyć się z teraźniejszości i patrzeć jak przy okazji umiejętności rosną.

Jedną z obrazowych czynności, jaka przychodzi mi do głowy jest seks – jedna z ostatnich świętych chwil w życiu człowieka. Mam nadzieję, że choć to wykonujesz dla przyjemności, a nie po to, by zaliczyć jakieś zadanie. Jeśli wiesz o czym mówię – przywołaj sobie ten stan, kiedy wykonujesz tą czynność dla samej czynności, kiedy pływasz w teraźniejszości i chcesz, by to trwało – i przenieś to na całą resztę życia. Niech twoje działania będą kochaniem się z rzeczywistością. I proszę cię, nie wspominaj mi teraz o tym, że seks poprawia kondycję, stanowi trening empatii, spaja emocjonalnie dwoje ludzi i wytwarza endorfiny!

Rozumiem pułapkę zręcznego myślenia, samemu mając od dziecka bardzo silne tendencje do próby łapania schematów, kotwiczenia w inne konteksty, przeramowywania, odnajdywania powtarzających się patternów, jak największego korzystania z zasobów, które posiadam – krótko mówiąc: do jak najbardziej zręcznego myślenia. I nawet pisząc artykuł, złapałem się kilka razy na myśli, że chcę go wreszcie skończyć i opublikować. Umysł tworzy różne pułapki i wiecznie chce osiągnąć coś na stałe.

Jednocześnie wiem, że można wyjść poza jego mechanizmy i zawsze pamiętam, że można jeść kanapkę nie po to, by zaspokoić uczucie głodu, ale by smakować zestaw, jakże banalny i jakże wyjątkowy, chleba, wędliny i sera. Zrób kilka rzeczy, które do niczego nie prowadzą, i rób tak dopóki nie poczujesz pojawiającej się przy tym dzikiej radości. Wyjdź na balkon i zatańcz przed wschodem słońca, zaśpiewaj arię operową siedząc na kiblu. Zmyj naczynia, następnie wybrudź je bezsensownie, zmyj ponownie, wybrudź je ponownie i zmywaj, zmywaj, zmywaj, aż zaczniesz się śmiać sam do siebie. Jeśli najbliżsi zażądają pieniędzy za zużycie wody, oddaj im je, a następnie pobiegnij na dworzec i drugie tyle daj żebrakowi, wraz z nim tańcząc z radości. Masturbuj się przed własnym odbiciem w lustrze śmiejąc się jak małpa, zacznij delektować się posiłkami, jeśli dotąd traktowałeś je jako konieczny obowiązek. Zrób te wszystkie rzeczy, które od dawna chciałeś zrobić.

Nie myśl o tym, jak zrobić to szybciej i sprawniej! Ćwicz subtelność do upadłego – powiedziałbym: godzinę dziennie, ale to już znowu wpędza w zręczność (ćwiczyłem godzinę dziennie – czy to wystarczy? Ale do czego?) To nie jest zadanie na zaliczenie. Na tym polega życie. Na niczym innym – w zależności od koncepcji które przyjmujesz – kilkadziesiąt lub tryliardy tryliardów lat. Nie ma nic więcej do osiągnięcia niż ciągła radość z tego, co robisz.

Ograniczaj się jedynie zręcznością – a więc tym, aby było to zgodne z prawami wszechświata, z dobrem innych ludzi, z tym jak działa twój organizm, jak działa nasze społeczeństwo… ale nie stawiaj zręczności jako cel najważniejszy. Czuj radość, ale nie przejmuj się jak jej nie poczujesz – to nie jest oblany egzamin, może właśnie masz czuć to, co czujesz! Gdy ostatnio wytłumaczyłem to jednemu z moich uczniów, on zapytał: a czy to na pewno będzie rozwojowe? I już wiedziałem, że nie zrozumiał, i że może upłynie jeszcze sporo wody w moim kiblu zanim zrozumie, ale wiem, że w końcu dotrze to do niego w najbardziej nieoczekiwanym momencie.

Może wreszcie zrozumiesz, że w życiu nie ma nic do zrobienia, oprócz odczuwania satysfakcji z tańca w jakim bierzesz udział. Będę zamieszczał na forum zręczne sposoby zyskiwania umiejętności, będę to przerabiał na szkoleniach, bo poziom technologiczny też jest ważny – ale tak samo jak zawsze na treningach dodaje coś więcej, tak samo i tutaj zamierzam tchnąć w to miejsce pierwiastek radości. Nie licz na to, że to będzie rozwojowe, nie licz na to, że coś tym osiągniesz, nie licz na to, że jak będziesz cieszył się z życia, to coś wielkiego nagle się stanie – jeśli tak myślisz, to nie zrozumiałeś, więc czytaj to jeszcze raz, czytaj, czytaj, czytaj aż zaczniesz się dziko śmiać, w chwili gdy zrozumiesz.

10.11.2011

SmartLove

Jeśli sądzisz, że powodzenie w związku zależy tylko od przeznaczenia, partnerzy są po prostu albo dopasowani albo nie, a wszystko co robią dla siebie musi wynikać ze spontanicznych impulsów – to szkolenie z pewnością Cię nie zainteresuje.

Dowiedz się więcej
X

Dowiedz się jak zbudować udany związek

Pobierz trzy darmowe video.

Nie, dzięki.